Pojedyncze strony

Studia

2020.06.11 16:04 hiimsilently Studia

Witam! W 2018r. zdawałem maturę. Przez całą moją edukację nie myślałem o tym, że chciałbym iść na studia, więc całe technikum nie przykuwałem za bardzo uwagi maturze i jasne, uczyłem się na maturę, ale nie myślałem obsesyjnie o staranie się o jakiś konkretny wynik. Z rozszerzeń poszedłem po linii najmniejszego oporu zdawając tylko angielski. Byłem jednym z tych "naturally talented" dzieciaków, który mieli dobre wyniki w nauce bez większych starań, więc maturę zdałem też z dobrymi wynikami(polski 67, angielski 98, matematyka 84, ang rozszerzony 80).
Ale od tego momentu myślałem i myślałem, i umyśliłem, że jednak chciałym pójść na studia. Nie dla papierka, czy coś, po prostu. Lubię się uczyć, zawsze podobała mi się ta kultura wokół studiowania, chciałbym poznać nowych ludzi i trochę pożyć, w końcu, jako młody dorosły, chyba zasługuję na trochę życia.
Chcę być front-end developerem, więc naturalnie, że mój preferowany kierunek to informatyka. Nie mówię, ze musi to być ona, ale wydaje mi się to najbardziej logiczne. Więc patrzyłem sobie na różne uniwersytety. Wiadomo, im lepszy uniwersytet tym lepiej, ale ja nie chcę iść konkretnie do jakiegoś uniwersytetu, albo do jakiejś topki w rankingach. Tak jak mówiłem, bardziej idę na studia dla studiów, a nie papierka/prestiżu/etc.
I tu zaczyna się coś, co wydaje mi się dziwne. Inni ludzie zapieprzają całe 3/4 lata(albo przynajmniej okres maturalny) starając się o najlepszy wynik, a ja podchodziłem do tego na luzie. Informatyka to oblegany kierunek i dziwnym mi się wydaje, że miałbym się dostać na studia wraz z innymi. Z jednej strony trudno, żebym na jakieś studia się nie dostał, ale nie chodzi o to, żebym szedł na jakiś śmieciowy kierunek/śmieciową uczelnię. Trochę boję się, że jakbym chciał pójść na studia, to dopiero od nowego roku, z poprawioną maturą.
Mam lato przed sobą, i mógłbym spiąć dupę tak, by móc zatrudnić się jako front-end na jesień, ale mogę, jasne, też się rozwijać, ale w swoim tempie i bez spiny, i w październiku zacząć studia. Nie chcę tylko takiej sytuacji, że będę sobie myślał o tych studiach, a potem okaże się, że jednak dupa i nic z tego nie wyszło.
"Ale przecież możesz się dokształcać przez lato i potem jak nie wyjdzie ze studiami zatrudnić się w branży"
No nie wiem... Był już taki okres wcześniej, że myślałem, że wystarczająco umiem, żeby móc się zatrudnić. Ale okazało się, że nie. Pochodzę z małej miejscowości, nie mam znajomości, jestem też dość nieśmiałą osobą i całe to "sell yourself", które się uprawia podczas rekrutacji przyprawia mnie o mdłości. Poza tym aplikuję na stanowisko typu "jeszcze mało umiem, ale przysięgam, że się nauczę 🥺🥺", które jest oblegane przez setki innych ludzi, a tak czy siak samych ofert na poziomie juniorskim to były praktycznie pojedyncze przypadki, a jak nawet się zainteresowali to było, że "no, bo my szukamy w tej chwili kogoś z większym doświadczeniem". Bo trochę mam dość stania w miejscu i chciałym coś zacząć robić ciekawszego w życiu.
submitted by hiimsilently to Polska [link] [comments]


2020.02.18 06:52 PenelopeHarris Najlepsza metoda dla Thunderbirda MBOX na MS Outlook PST Conversion dla Windows

Najlepsza metoda dla Thunderbirda MBOX na MS Outlook PST Conversion dla Windows
Jak wszyscy wiemy, że oba mają różne formaty wiadomości e-mail, więc konwersja MBOX na PST nie jest możliwa bez żadnej pomocy ze strony zewnętrznego narzędzia. ostatnim razem napotkałem ten problem, aby przekonwertować Thunderbird MBOX na PST Microsoft Outlook, a potem znalazłem najlepsze rozwiązanie jako MBOX na PST Converter. Zapewniło mi kompletne i łatwe rozwiązanie do konwersji. Ten blog skupia uwagę na ręcznych metodach konwersji i importowania programu Outlook Thunderbird do MS Outlook i innych popularnych klientów e-mail. Na koniec zapoznasz się z szybkimi wskazówkami na temat eksperckiego rozwiązania, które może dostarczyć dokładne rozwiązanie z najlepszymi umiejętnościami. Dzięki temu możesz konwertować dowolne MBOX Editions programu Outlook do formatu PST. MBOX jest jednym z najczęściej używanych formatów plików używanych przez tak wiele różnych klientów poczty e-mail, takich jak Apple Mail, Thunderbird, Entourage itp. To narzędzie w jasny sposób importuje MBOX do programu Outlook 2019, 2016, 2013, 2010 i niższych wersji. jego interfejs nie wymaga dużej wiedzy technicznej do pracy z nim.
Pobierz teraz
Dzięki temu oprogramowaniu użytkownicy mogą łatwo przeprowadzić proces konwersji MBOX na PST oparty na filtrze. Narzędzie konwertuje wszystkie pliki MBOX, w tym metadane, takie jak Do, CC, Od, Temat i Data na plik PST programu Outlook. Konwertuje skrzynkę pocztową MBOX wraz z elementami e-mail, takimi jak e-mail, kontakty, załączniki, wersje robocze, usunięte elementy, wysyła elementy itp. Do formatu PST.

https://preview.redd.it/c439lz5nfmh41.png?width=694&format=png&auto=webp&s=3311b3b75ebf8da0a5a01432c36bad1fcb599023
https://preview.redd.it/assyqd6nfmh41.png?width=800&format=png&auto=webp&s=710ac1e15e94bd534dbd5b033be93892fafd5daa
https://preview.redd.it/axoyk56nfmh41.png?width=472&format=png&auto=webp&s=05bd3077f20d67adcfa13e8452c9f93bd107a82d

Niektóre funkcje tego narzędzia: -
  • dodaj pojedyncze, jak i wiele plików MBOX
  • Umożliwia dzielenie wiadomości e-mail na: Do, Temat, Od i Data itp.
  • Załaduj i wyświetl podgląd wszystkich wiadomości wraz z Kompletnymi właściwościami poczty i załącznikami.
  • Kilka opcji migracji pliku MBOX do formatów PST, EML i MSG
  • Obsługuje Outlook, 2019, 2016, 2013, 2010 i 2007 itd.
  • Obsługuje Windows 10, Win8.1, Win8, 7, XP i Vista
Korzystając z tego profesjonalnego narzędzia do migracji poczty e-mail, możesz osiągnąć poprawne i dokładne Konwerter MBOX na PST w środowisku wolnym od błędów. To narzędzie zostało opracowane w taki sposób, że nie potrzebujesz żadnych umiejętności technicznych. Darmowa wersja próbna pozwala zapisać kilka elementów na odzyskany plik MBOX. Aby zapisać wszystkie elementy do konwersji e-mail, należy zakupić licencjonowaną wersję tego oprogramowania.
submitted by PenelopeHarris to u/PenelopeHarris [link] [comments]


2020.02.17 10:18 Averykiing Jak migrować pliki MBOX do formatów PST programu Outlook z załącznikami?

Jak migrować pliki MBOX do formatów PST programu Outlook z załącznikami?
Jak wszyscy wiemy, że oba mają różne formaty wiadomości e-mail, więc konwersja MBOX na PST nie jest możliwa bez żadnej pomocy ze strony zewnętrznego narzędzia. ostatnim razem napotkałem ten problem, aby przekonwertować Thunderbird MBOX na PST Microsoft Outlook, a potem znalazłem najlepsze rozwiązanie jako MBOX na PST Converter. Zapewniło mi kompletne i łatwe rozwiązanie do konwersji. Ten blog skupia uwagę na ręcznych metodach konwersji i importowania programu Outlook Thunderbird do MS Outlook i innych popularnych klientów e-mail. Na koniec zapoznasz się z szybkimi wskazówkami na temat eksperckiego rozwiązania, które może dostarczyć dokładne rozwiązanie z najlepszymi umiejętnościami. Dzięki temu możesz konwertować dowolne MBOX Editions programu Outlook do formatu PST.
Pobierz teraz
MBOX jest jednym z najczęściej używanych formatów plików używanych przez tak wiele różnych klientów poczty e-mail, takich jak Apple Mail, Thunderbird, Entourage itp. To narzędzie w jasny sposób importuje MBOX do programu Outlook 2019, 2016, 2013, 2010 i niższych wersji. jego interfejs nie wymaga dużej wiedzy technicznej do pracy z nim.

https://preview.redd.it/6usrx32ebgh41.png?width=694&format=png&auto=webp&s=1b5f0edf1df6e77a1a3846ad4657ebf40c716a67
https://preview.redd.it/608lqz0ebgh41.png?width=800&format=png&auto=webp&s=7f7976c14aba5db1674b5952620c17904595b797
https://preview.redd.it/lpvn3y0ebgh41.png?width=472&format=png&auto=webp&s=142bd8f29cbd14b7ba8b236106fa2ceffe4452ac
Dzięki temu oprogramowaniu użytkownicy mogą łatwo przeprowadzić proces konwersji MBOX na PST oparty na filtrze. Narzędzie konwertuje wszystkie pliki MBOX, w tym metadane, takie jak Do, CC, Od, Temat i Data na plik PST programu Outlook. Konwertuje skrzynkę pocztową MBOX wraz z elementami e-mail, takimi jak e-mail, kontakty, załączniki, wersje robocze, usunięte elementy, wysyła elementy itp. Do formatu PST.
Niektóre funkcje tego narzędzia: -
  • dodaj pojedyncze, jak i wiele plików MBOX
  • Umożliwia dzielenie wiadomości e-mail na: Do, Temat, Od i Data itp.
  • Załaduj i wyświetl podgląd wszystkich wiadomości wraz z Kompletnymi właściwościami poczty i załącznikami.
  • Kilka opcji migracji pliku MBOX do formatów PST, EML i MSG
  • Obsługuje Outlook, 2019, 2016, 2013, 2010 i 2007 itd.
  • Obsługuje Windows 10, Win8.1, Win8, 7, XP i Vista
Korzystając z tego profesjonalnego narzędzia do migracji poczty e-mail, możesz osiągnąć poprawne i dokładne Konwersja MBOX do PST w środowisku wolnym od błędów. To narzędzie zostało opracowane w taki sposób, że nie potrzebujesz żadnych umiejętności technicznych. Darmowa wersja próbna pozwala zapisać kilka elementów na odzyskany plik MBOX. Aby zapisać wszystkie elementy do konwersji e-mail, należy zakupić licencjonowaną wersję tego oprogramowania.
submitted by Averykiing to u/Averykiing [link] [comments]


2020.01.30 09:22 GosiaSH Żaluzje fasadowe Wrocław

Żaluzje fasadowe Wrocław to rodzaj osłony zewnętrznej, którą charakteryzuje skuteczność. Żaluzje fasadowe Wrocław umieszczane są po zewnętrznej stronie budynku, montowane są do fasady budynku nadając jej nowoczesny wygląd. Odpowiednio dobrany mechanizm sterowania żaluzjami fasadowymi z Wrocławia dodatkowo ułatwia kontrolowanie dostającego się w wnętrza światła. Sterowanie żaluzjami działa na zasadzie zasilania bramy garażowej poprzez napęd elektryczny. Pojedyncze, trwałe lamele pozwalają w zupełności kontrolować zacienienie.
submitted by GosiaSH to u/GosiaSH [link] [comments]


2020.01.15 10:22 GosiaSH Żaluzje fasadowe Wrocław

Żaluzje fasadowe Wrocław wśród systemów osłonowych zewnętrznych wyróżniają się niezwykłą skutecznością. Umieszczenie żaluzji fasadowych po zewnętrznej stronie budynku sprzyjają odpieraniu czynników atmosferycznych. Żaluzje wyposażone w pojedyncze, aluminiowe lamele zatrzymują nadmierne ilości promieni słonecznych przed dotarciem do wnętrza. Żaluzje fasadowe z Wrocławia stanowią również barierę termiczną dla niskich i wysokich temperatur na zewnętrz. Pozwala to na generowanie oszczędności podczas sezonu letniego gdy wykorzystujemy klimatyzację oraz podczas sezonu zimowego, gdy posiadamy ogrzewanie.
submitted by GosiaSH to u/GosiaSH [link] [comments]


2019.12.16 01:27 caughtinawhirl Redditowy wątek przedświąteczny – prezentowy

Chwalcie się co tam i dla kogo wymyśliliście. Na pewno są tacy, którzy wymyślili coś wyjątkowego i chcieliby się z kimś tym podzielić, tutaj tajemnica jest bezpieczna!
Z mojej strony – zabieram moją dziewczynę na kilka dni do Szkocji. Bilety kupione, hotel zabookowany, dokupuję jeszcze pojedyncze atrakcje typu bilety do kina na gwiezdne wojny, jakieś koncerty, zoo, rezerwacje w restauracjach. Wszystko podrukuję i wrzucę do koperty. Nie zobaczymy się w czasie świąt, a wiem ze będzie chwile w mieszkaniu, więc mam nadzieję że będzie to dla niej miła niespodzianka :)
submitted by caughtinawhirl to Polska [link] [comments]


2019.04.10 11:44 swapix_com Ranking przydatnych i nieprzydatnych urządzeń w kuchni

Ranking przydatnych i nieprzydatnych urządzeń w kuchni
https://preview.redd.it/8as9aptcler21.png?width=1920&format=png&auto=webp&s=9f834c11c9ba813086136c508e0c0f22dc767f06
Nasze babcie i prababcie musiały się zadowolić dość skromnym wyposażeniem kuchni, a o sprzęcie AGD, który mógłby znacznie uprościć życie, nie mogły nawet sobie pomarzyć.
Czasy się zmieniły i obecnie mamy cały arsenał pomocy kuchennych, które można nabyć w najbliższym centrum handlowym lub na Swapix - wszystko po bardziej korzystnej cenie.
Najlepiej sprzedający się sprzęt do kuchni
Jakkolwiek może to zabrzmieć paradoksalnie, ale naprawdę ważnych sprzętów kuchennych wcale nie ma tak dużo. A jeśli chcemy już być całkiem konkretnym, to można wymienić 3 urządzenia, które zdecydowanie przodują w tym zakresie.
  • Lodówka - nie ma dla niej alternatywy o podobnej funkcjonalności. Przechowywanie produktów za oknem, powiedzmy sobie szczerze, można uznać za archaiczne, a poza tym w sezonie letnim nie sprawdza się ta metoda.
https://preview.redd.it/idwec720mer21.png?width=1437&format=png&auto=webp&s=17208ed1be6540af079c75713512852c234211e6
  • Kuchenka gazowa lub indukcyjna - praktycznie każdy proces przygotowania jedzenia wymaga ich użycia. Bez tego sprzętu zatem daleko nie zajdziemy.
https://preview.redd.it/zmnnd4r4mer21.png?width=1207&format=png&auto=webp&s=7486c62e615fab87f9e3058efb9caeb0cd36c95a
  • Piekarnik - pieczenie i zapiekanie to jego żywioł, a wiele gospodyń nie wyobraża sobie bez niego swoich codziennych działań w kuchni. Jednak jest już sporo osób, które zamieniłyby go na jakieś bardziej uniwersalne urządzenie.
https://preview.redd.it/bwbptbn9mer21.png?width=2000&format=png&auto=webp&s=7a8cd422bafff0fca858ec493f093db7e05c87c1
Popularni, uniwersalni pomocnicy
W tej grupie zebraliśmy sprzęty AGD, cieszące się niesamowitą popularnością. Co ważniejsze, nie pokrywają się one kurzem, stojąc bezczynnie i zajmując tylko miejsce w kuchni, a są ciągle w użyciu.
Wiele osób, oczywiście, bez problemu obchodzi się bez tych sprzętów, nie odczuwając żadnych niedogodności.
  • Kuchenka mikrofalowa - najbardziej funkcjonalne modele mogą nie tylko rozmrażać i podgrzewać jedzenie, ale i w pełni zastąpić piekarnik. To sprzęt przydatny zarówno dla pań domu, jak i dla miłośników gotowych dań.
https://preview.redd.it/yutwhdngmer21.png?width=1097&format=png&auto=webp&s=617a2ed1cd7ca1a16784a7926f20c43333a36294
  • Multicooker (szybkowar) - niezbędna rzecz dla tych osób, które nie lubią długo męczyć się z gotowaniem i spędzać w kuchni znacznej ilości czasu. Może on pomóc w przygotowaniu zarówno zupy, jak i na przykład ciasta.
https://preview.redd.it/nsgtppdmmer21.png?width=1500&format=png&auto=webp&s=54a0e6a404cf4dbe5ae24ff9a299c7080a5c49b4
  • Czajnik elektryczny - szybkość gotowania wody i automatyczne wyłączanie podoba się wielu rodzinom, szczególnie o poranku. Chociaż niektórzy posiadacze kuchenek gazowych wolą oszczędzać i korzystają ze zwykłego czajnika.
https://preview.redd.it/t088oc5wmer21.png?width=1100&format=png&auto=webp&s=82f11361d0550cead0ca126870f914555ebaf5d6
Może się przydać, ale nie każdemu
W tej kategorii zamieściliśmy sprzęt AGD, który praktycznie nigdy nie jest nabywany spontanicznie. Decyzja o zakupie zawsze jest przemyślana i oceniona.
  • Robot kuchenny - popularny wśród osób, które dużo i często gotują, wykorzystując przy tym skomplikowane procesy technologiczne. Pozostałym osobom łatwiej będzie zrobić wszystko ręcznie, by nie męczyć się potem z jego myciem i przechowywaniem.
https://preview.redd.it/7xsazs08ner21.png?width=1335&format=png&auto=webp&s=a7d239ff8a4303bc1d43296c309c2186fa385a32
  • Wypiekacz do chleba - ten gadżet docenią miłośnicy świeżego chleba, którzy w dodatku regularnie korzystają z tego sprzętu.
https://preview.redd.it/4s8bogvgoer21.png?width=1600&format=png&auto=webp&s=4c0d793161ba783edf09465f88cd207d79a21540
  • Wagi kuchenne - dla miłośników ścisłego przestrzegania przepisów, a także dla osób, które regularnie się odchudzają i muszą dokładnie znać wagę produktów, które spożywają.
https://preview.redd.it/muvst48ooer21.png?width=1200&format=png&auto=webp&s=6f382c8c20676f9a12c747d19d16213051e0e3b5
Dla miłośników egzotyki
W tym rozdziale znajdują się akcesoria kuchenne, których zakup można uznać za stratę pieniędzy, o ile nie jesteś prawdziwym miłośnikiem określonego dania.
  • Maszyna do robienia lodów, gofrownica, ekspres do czekolady - te sprzęty budzą zachwyt zarówno dzieci, jak i niektórych dorosłych. Ale czy jest sens je kupować, jeśli te urządzenia są wykorzystywane nie częściej niż kilka razy w ciągu roku? Łatwiej kupić te smakołyki w sklepie.
https://preview.redd.it/p7r2pjnvoer21.png?width=1600&format=png&auto=webp&s=27cc6d52966becc5ae601f37c27f464a2db52ed2
  • Ekspres do kawy, młynek - tylko prawdziwy znawca i smakosz naturalnego kawa nie może obejść się bez tych urządzeń.
https://preview.redd.it/zaq2wga1per21.png?width=1440&format=png&auto=webp&s=6a97f15b0fbf2e3eb4929bea5f019b6fc603c9c7
  • Maszynka do robienia naleśników - jest rozczarowaniem nawet dla najwierniejszych fanów naleśników. O wiele smaczniejsze okazują się naleśniki przygotowane klasycznym sposobem, na odpowiedniej patelni.
https://preview.redd.it/bcydxlp7per21.png?width=1500&format=png&auto=webp&s=db22ba36a61912d44445dc8d8580567511d560fd
Nikt tego nie potrzebuje, ale niektórzy to mają
Ostatnia grupa obejmuje najbardziej bezużyteczne urządzenia kuchenne, które są używane bardzo rzadko, lub w ogóle już wyszły z użytku.
  • Kuchenka do gotowania jajek - kiedyś pewien geniusz wpadł na pomysł, że dla przygotowania naprawdę smacznych jajek konieczny jest specjalny przyrząd. Jednak zdecydowana większość ludzi woli tradycyjnie użyć garnka.
https://preview.redd.it/1t1exuidper21.png?width=1500&format=png&auto=webp&s=2412a6acc6cd5f8b64e9dd17fa3e9bb60a111308
  • Opiekacz, toster - na co dzień używają go pojedyncze osoby. Większość zaś używa ich przez pierwszy tydzień, a potem chowa głęboko w szafie.
https://preview.redd.it/qgwxz2daqer21.png?width=2519&format=png&auto=webp&s=591d3a4d7139cb5e04401c86dbc9c2816c499643
  • Frytkownica - nawet miłośnicy jedzenia przygotowanego w głębokim tłuszczu zdają sobie sprawę, że gotowanie w tym urządzeniu oznacza tylko dwie rzeczy - duże zużycie oleju i męczące mycie sprzętu.
https://preview.redd.it/bhlwqumfqer21.png?width=1772&format=png&auto=webp&s=a6e7c9e87ea20a13f666c56d38e46202eca43b23
Podobał ci się nasz ranking i chcesz więcej artykułów o podobnej tematyce? Polub i subskrybuj nasz blog. Z kolei jeśli chcesz kupić sprzęt AGD do domu, po prostu zarejestruj się na naszej stronie internetowej lub pobierz aplikację Swapix w App Store lub Google Play.
submitted by swapix_com to u/swapix_com [link] [comments]


2018.09.29 20:04 pothkan State of the r/Polska & ankiety

Jako że mamy w tym miesiącu piąty weekend, uznałem że zamiast kolejnego odcinka CWO (może wrzucę w tygodniu) warto byłoby pogadać, jak co parę miesięcy, o stanie naszego subredditu.
Ponieważ moja "działka" to kwestie "kulturalno-oświatowe", to na nich właśnie się tutaj skupię. Poniżej jednak możecie się dzielić wszelkimi uwagami nt. Polska oraz naszej (moderacji) pracy, na które w miarę możliwości postaramy się odpowiedzieć i wziąć pod uwagę.
Przy okazji, w imieniu całej moderacji, przepraszam za bezczynność niektórych elementach, jak np. chroniczny brak działających filtrów.
A zatem, po kolei:
Co znaczące, widać wzrost wejść poprzez "new Reddit", a także mobilnych - w efekcie czego jakoś od czerwca "old Reddit" u nas przegrywa. Nie ukrywam, że jest to główna przyczyna pewnego wstrzymania zmian przy flairach (które w obecnej formie są widoczne tylko w "old Reddit"), choć na życzenie możemy oczywiście pojedyncze zmienić lub dodać; jak i rzadszego wrzucania obrazków do sidebaru. Z drugiej strony, dodaliśmy kalendarz wydarzeń widoczny w "new Reddit". Jakby ktoś nie zauważył, udało mi się ustalić wymiany do 4 grudnia włącznie, gdy odbędzie się okragła 50. (!)
Zapraszam do uwag i dyskusji.
submitted by pothkan to Polska [link] [comments]


2018.05.21 20:15 SoleWanderer BY CZŁOWIEK PRZEŻYŁ - Tygodnik Powszechny o Irenie Sendlerowej

https://www.tygodnikpowszechny.pl/by-czlowiek-przezyl-151422
Jeśli przypadki pomagania Żydom podczas niemieckiej okupacji zamieniamy w zjawisko masowe, a bohaterskie jednostki klonujemy, czyniąc z nich setki tysięcy, nie tylko fałszujemy rzeczywistość – sprzeniewierzamy się pamięci Sprawiedliwych.
To, co tu słyszę, nie bardzo »pasuje« do rzeczywistości tamtych czasów. Albowiem pewne jest, że w okupowanej Warszawie dużo łatwiej było znaleźć miejsce w salonie, gdzie by pod dywanem został ukryty duży czołg, niżby znalazło się miejsce dla jednego małego dziecka żydowskiego. Irena Sendlerowa
Podczas okupacji niemieckiej na ziemiach polskich trwał prawdziwy festiwal. Albo jeszcze lepiej: igrzyska. Oprócz skoków narciarskich i piłki nożnej, ulubioną dyscypliną Polaków stało się wówczas ratowanie Żydów. Sport ten uprawiali masowo, odnosząc gigantyczne sukcesy i to mimo niesprzyjających warunków atmosferycznych oraz kłopotów ze sprzętem.
Że tak się pisać nie godzi? Że nie można robić sobie żartów tam, gdzie chodziło o ludzkie życie – nie tylko o życie ocalałego, ale i ocalającego?
A czym, jeśli nie robieniem sobie żartów była wypowiedź premiera Mateusza Morawieckiego w sejmowym exposé o „setkach tysięcy Polaków, którzy ratowali Żydów w czasie drugiej Apokalipsy”? A czym, jeśli nie robieniem sobie żartów, była konferencja „Pamięć i Nadzieja”, zorganizowana we wzniesionym przez o. Tadeusza Rydzyka sanktuarium Najświętszej Maryi Panny Gwiazdy Nowej Ewangelizacji i św. Jana Pawła II, z udziałem ówczesnej pani premier i obecnego premiera, ministrów i marszałków, z listami od prezydenta i prezesa PiS, który zechciał przy okazji wspomnieć o kwestii „wieloletniego hołdowania przez polski establishment pedagogice wstydu i wynikającego z niej prowadzenia polityki – by tak rzec – antyhistorycznej”? Czym, jeśli nie żartem, było zdanie wygłoszone wówczas przez Beatę Szydło, że „Żydzi i Polacy wspólnie mieszkali w Polsce, budowali polskie państwo, współpracowali, byli sąsiadami – żyło się im dobrze; pewnie mieli swoje kłopoty, problemy – jak to zawsze”.
Naprawdę, mieli tylko „swoje kłopoty”?
Wybili, panie Ach tak, oczywiście, to nie żarty, tylko polityka. Powinniśmy się już przyzwyczaić, że w polityce rzadko chodzi o prawdę. Że pamięć o przeszłości bywa w niej użytecznym narzędziem. Że próba przedstawienia Polski jako kraju, który najbardziej ze wszystkich ucierpiał w czasie II wojny światowej, może być zwyczajnie opłacalna: w czasach, gdy Europa przygląda się z niepokojem próbom ograniczania niezależności naszego sądownictwa czy mediów, można wobec niej użyć moralnego szantażu w stylu Mrożkowej „Monizy Clavier” („A przecież chciałem tylko uprzytomnić im w sposób jasny i przystępny, niejako poglądowy, cierpienia mojego narodu – czytamy w opowiadaniu, wierzyć się nie chce, z 1967 r. – To, że najwidoczniej nie doceniali martyrologii, bardzo mnie rozgniewało”). Nie przypadkiem chyba tak często w ostatnich miesiącach politycy PiS szermują wypowiedziami o niemieckich zbrodniach na terenach Polski i podnoszą kwestie reparacji.
Na marginesie można by zauważyć, że Jarosław Kaczyński i jego podwładni nie są bynajmniej pionierami w kwestii upominania się o domniemane krzywdy na polu stosunków polsko-żydowskich. O „żydowskiej niewdzięczności i polskim miłosierdziu”, by użyć frazy Michała Głowińskiego, mówiono wiele w Marcu ’68. Już w inaugurującym kampanię antysemicką przemówieniu z czerwca 1967 r. Gomułka przypominał, że wśród Żydów „uratowali się tylko ci, których Polacy z narażeniem własnego życia przechowywali”. W przedstawianie „prawdziwej historii naszych heroicznych zmagań” włączał się ­ZBOWiD i stojący na jego czele Mieczysław Moczar. Chętnie wydawany w ­PRL-u Władysław Smólski we wstępie do opublikowanej w 1981 r. książki „Za to groziła śmierć” pisał, że liczba miliona ratujących „nie będzie przesadna”. Można by właściwie odetchnąć z ulgą, że premier Morawiecki nie próbował go przebić.
Można by, gdyby nie fakt, że cudowne rozmnażanie Polaków ratujących Żydów w czasie II wojny światowej oznacza obrazę pamięci ludzi naprawdę bohaterskich i słusznie nazywanych Sprawiedliwymi wśród Narodów Świata. Ludzi, których sprawiedliwość i bohaterstwo zrozumie się w pełni nie tylko powtarzając jak mantrę, że za to, czego się podjęli, groziła z rąk niemieckiego okupanta kara śmierci, ale także pokazując kontekst, w jakim przyszło im dokonywać wyboru.
Kontekst bierności, obojętności czy wręcz wrogości otoczenia. Strachu nie tylko przed karą ze strony okupanta, lecz także przed zdradą sąsiada.
Kłopotliwe ikony Jednym z licznych paradoksów tej historii jest ten, że symbole polskiej szlachetności i pomocy dla Żydów kiepsko nadają się na PiS-owskie sztandary.
Zostawmy już na boku Władysława Bartoszewskiego, którego zasługi, jako członka Żegoty i współautora pierwszej książki zbierającej świadectwa o Sprawiedliwych pt. „Ten jest z ojczyzny mojej…”, zostały dawno przesłonięte przez polityczne zaangażowania w ostatnim okresie życia. Nie mówiąc o jego pamiętnym zdaniu z wywiadu dla „Die Welt”, że bardziej niż Niemca w czasie wojny obawiał się polskiego sąsiada, jeśli ten zauważył więcej niż zwykle kupionego chleba.
Czytaj także: Jacek Leociak o "naszych sprawiedliwych": Historia Zagłady to nie czytanka
Nie kto inny, jak Jan Karski – legendarny kurier AK niosący światu wieści o dokonującej się na ziemiach polskich Zagładzie – pisał w raportach z okupowanego kraju, że (cytuję wersję nieocenzurowaną): „»Rozwiązanie kwestii żydowskiej przez Niemców« – muszę to stwierdzić z całym poczuciem odpowiedzialności za to, co mówię – jest poważnym i dosyć niebezpiecznym narzędziem w rękach Niemców do »moralnego pacyfikowania« szerokich warstw społeczeństwa polskiego”, oraz że ta kwestia jest czymś w rodzaju „wąskiej kładki, na której przecież spotykają się z g o d n i e Niemcy i duża część polskiego społeczeństwa”. Albo że stosunek Polaków do Żydów jest „przeważnie bezwzględny, często bezlitosny. Korzystają w dużej części z uprawnień, jakie nowa sytuacja im daje. Wykorzystują wielokroć te uprawnienia – często nadużywają je nawet. Zbliża ich to w pewnym stopniu do Niemców”.
Także Irena Sendlerowa, bohaterka wydanej w 2017 r. biografii Anny Bikont, na ikonę dzisiejszej polityki historycznej nadaje się tak sobie. Przedwojenna, można by powiedzieć, feministka, pracując w poradni prawnej Sekcji Pomocy Matce i Dziecku przy Obywatelskim Komitecie Pomocy Bezrobotnym pomagała – także w kwestiach związanych z edukacją seksualną i zabezpieczenia przed kolejną ciążą – matkom nieślubnych dzieci i prostytutkom. Opinią „komunistki-filosemitki” cieszyła się już na studiach, a odwiedzając próbujące do końca żyć godnie getto, uczestniczyła w zorganizowanych tam konspiracyjnie, w prywatnym mieszkaniu, obchodach rocznicy rewolucji październikowej, gdzie recytowało się Broniewskiego i wykonywało „Etiudę rewolucyjną” Chopina. Po wojnie przez kilka dekad należała do PZPR, pracowała nawet w Wydziale Socjalno-Zawodowym Komitetu Centralnego tej partii; można by zapytać, czy nie podlega aby ustawie dekomunizacyjnej?
Sendlerowa, z Kościołem bynajmniej niezwiązana, dwukrotnie zamężna – w przypadku drugiego małżeństwa, w czasach PRL ukrywała fakt, że jej mąż i ojciec jej dzieci był Żydem, a jedno z nich poczęło się przed rozwodem z pierwszym małżonkiem, który wojnę spędził w oflagu. I nie było to jedyne przemilczenie, nieścisłość czy koloryzowanie opowieści o własnym życiu przez kierowniczkę referatu dziecięcego podziemnej Rady Pomocy Żydom – Anna Bikont tyleż starannie, co z niezwykłą empatią rekonstruuje biografię swojej bohaterki, podważając np. wiarygodność jej przepięknego skądinąd opisu Korczaka prowadzącego dzieci na Umschlagplatz, albo wielokrotnie powtarzaną historię, że po Marcu ’68 córka i syn Sendlerowej nie dostali się na studia ze względu na jej okupacyjne zaangażowanie w pomoc Żydom.
W ukryciu Co w tym ważniejsze (i co nie umniejsza odkryć biograficznych Anny Bikont) – książka o Irenie Sendlerowej, tym polskim symbolu Sprawiedliwych, symbolu pomocy Polskiego Państwa Podziemnego dla ofiar Zagłady, jest w gruncie rzeczy opowieścią o straszliwej samotności. Samotności zarówno samej Sendlerowej, jak grupy dzielnych kobiet i mężczyzn, z którymi ratowała żydowskie dzieci.
Czytaj także: Michał Okoński o "naszej winie, naszej wielkości", 30 lat po publikacji przez "TP" "Biednych Polaków patrzących na getto" Jana Błońskiego
„Muszę stwierdzić, że uzyskiwaliśmy pomoc jedynie pod pretekstem akcji patriotyczno-polskiej – wspominała bohaterka książki Bikont. – Nauczeni doświadczeniem, nie ujawnialiśmy, że dzieci są żydowskie, podawaliśmy jedynie, że są to dzieci polskie po działaczach niepodległościowych”. Przytaczała też słowa jednego ze spotykanych podczas okupacji znajomych: „Sendlerowa, takich jak wy to po wojnie my będziemy wieszać na latarni pod Ratuszem”. Albo otrzymywane już po 1945 r. anonimy, np.: „Ty Żydówico, wynoś się jak najprędzej do Palestyny, bo jak nie wyjedziesz, to ci zabijemy twoje ukochane dzieci”.
„Sendlerowa nie jest symbolem bohaterstwa narodu polskiego, [ona] była w swoim bohaterstwie przeciwko swemu narodowi” – podsumowuje lapidarnie Bikont. Dużo mocniej wyrażają to jej ocalałe rozmówczynie.
„Sendlerowa ratowała mnie z rąk ­innych Polaków. Ona sama była przerażona Polakami” – to słowa Renaty Skotnickiej-Zajdman, skądinąd po wojnie zaangażowanej w dialog polsko-żydowski w Kanadzie. W jej świadectwie o życiu w kryjówce nie zabraknie opowieści na temat gwałtów, których dopuszczali się przychodzący do wsi, jak mówiła, „partyzanci” („Ten mój był kuzynem gospodarzy i zachodził do nich często. Jak pierwszy raz poszedł za mną do stodoły, chciałam krzyczeć, a on: »Cicho siedź, Rebeka«”). Albo o dialogu z pociągu, toczonym bez skrępowania obecnością współpasażerów: „Kupiłam Żyda, a ten skurwysyn nie miał nawet złotego zęba”. „Następnym razem weź Żydowicę młodą, one w piździe mają złoto”.
Pytanie, jakie Skotnicka-Zajdman zadaje Annie Bikont, brzmi: co by było, gdyby zgłosiły się do niej dzieci gwałciciela, że chcą dla ojca medal Sprawiedliwego wśród Narodów Świata. „Uratował mi życie. Powiedz, co ty myślisz? Że mam mu być wdzięczna?”.
Awers i rewers To jeden z kontekstów toruńskiej konferencji o. Rydzyka i exposé premiera Morawieckiego. Jeden, bo w niemalowanej historii polskiego pomagania jest ich dużo więcej. Choćby ukrywanie Żydów za ­pieniądze: czy ów dość szeroko ­rozpowszechniony „przemysł pomocy”, jak określił go historyk Holokaustu Jan Grabowski, powinien podpadać pod kategorię „ratowania”? Jakiekolwiek byłyby motywy człowieka decydującego się dać ściganym schronienie, rzeczywiście ryzykował on własnym życiem – i jeśli wywiązał się z umowy, ich życie ratował. Zresztą: kogo było stać na karmienie ludzi miesiącami na własny koszt, bez kartek, gdy żywność trzeba było kupować na czarnym rynku?
Inny kontekst: skomplikowanie psychologicznej relacji między ratującym i ratowanym. W roczniku „Zagłada Żydów” z 2008 r. Barbara Engelking opisywała jej powikłanie na przykładzie prowadzonego w ukryciu dziennika Feli Fischbein, ukrywanej przez Katarzynę Dunajewską we wsi Wola Komborska: wielomiesięczne uzależnienie od osoby udzielającej pomocy doprowadziło tam do powstania straszliwego resentymentu. „Zupełnie zdani jesteśmy na nich, tylko co oni zechcą, to z nami zrobią. A boimy się ich, naprawdę mówiąc” – pisała Fischbein. I podsumowała: „Gospodarz chce duszę, gospodyni chce dom nasz, córka starsza nie miesza się, nie chce nas, nie chce naszych pieniędzy, młodsza chce rękawiczki (za to gotowa nas wydać), a syn szalenie lubi nasze pieniądze, a nas nienawidzi serdecznie”.
Oczywiście – zwraca uwagę kilka stron dalej tego samego numeru „Zagłady Żydów” Joanna Tokarska-Bakir i jest to kolejny kontekst opowieści o ratowaniu – „żydowska niewdzięczność” nie jest do końca zmyśleniem. Stanowi raczej rewers polskiej opowieści, przedstawiającej wyłącznie rycerskich i szlachetnych supermenów. „Żydzi, których pamięć wypełniona jest bólem po Zagładzie, w odruchu krzywdy zdają się w ogóle zaprzeczać istnieniu Sprawiedliwych” – zauważa Tokarska-Bakir, ale jej tekst pełen jest również relacji o strachu tych, którzy decydowali się na ukrywanie Żydów; strachu, że dowiedzą się o tym sąsiedzi. Strachu trwającym jeszcze przez lata powojenne.
Powiedzmy i to: nawet rodzina Ulmów z Markowej, której w ostatnich latach nasze państwo – jakże słusznie – oddaje honory, zginęła na skutek donosu polskiego policjanta. Przypomnijmy też, że Irena Sendlerowa była w czasie okupacji aresztowana na podstawie donosu sąsiadki (trzymana na Pawiaku, została w końcu wypuszczona podczas drogi na rozstrzelanie, dzięki łapówce zapłaconej przez podziemie). I że kilka miesięcy później znalazła się na liście proskrypcyjnej sporządzonej przez Referat Żydowsko-Komunistyczny Centrali Służby Wywiadowczej Narodowych Sił Zbrojnych. Pod koniec lat 50. rozważała nawet emigrację do Izraela, prosząc jedną z uratowanych przez siebie osób o sprawdzenie, czy mogłaby się tam urządzić, „ponieważ jej dzieci są Żydami, a ona ma kłopoty od sąsiadów”.
Na szali Ilu było ratujących? Z pewnością nie setki tysięcy – jeśli już, to bardziej na miejscu byłaby fraza „dziesiątki tysięcy”.
Są tacy, którzy próbują to policzyć. Są tacy, którzy zwracają uwagę na fałszywość założenia, że w ratowanie jednej osoby musiało być zaangażowanych kilkanaście osób (bywało odwrotnie – kilkanaście osób ratowało się dzięki jednej; na prowincji – jak szacowała niegdyś Zuzanna Schnepf-Kołacz, współautorka książki „Zarys krajobrazu”, wydanej przez Centrum Badań nad Zagładą Żydów – na dziesięciu Sprawiedliwych przypadało dwunastu ocalałych). W sumie na terenach polskich Zagładę przeżyło kilkadziesiąt tysięcy Żydów; wielu zginęło mimo udzielanej im pomocy. Czy kilkadziesiąt tysięcy to dużo? Mało? Czy w ogóle godzi się zadawać takie pytania, zwłaszcza w kontekście liczby tych, którzy nie przeżyli?
Czytaj także: Michał Okoński o "pomocnikach śmierci" - Polakach polujących na Żydów w czasie II wojny światowej
Mieszkam od niedawna w Niepołomicach. Na tutejszym cmentarzu żydowskim znajduję tabliczkę: „Kochani rodacy, tu spoczywa pierwszy rabin w Niepołomicach, ok. 58 lat, ś.p. Josef Tetelbaum. B. proszę szanować ten grób – wdzięczny Eliasz Richter, Jesodot, Jisrael, jedyny z rodziny pozostały z Zagłady Hitlera”. Zdanie „b. proszę szanować ten grób” czytam też jako apel o powściągliwość w strzelaniu do siebie statystykami.
Pytania bez odpowiedzi Lepiej opowiadać pojedyncze, ludzkie historie – zwłaszcza tak, jak robi to Anna Bikont. Nie pomijając kwestii najtrudniejszych. „Dlaczego nie kochali mnie tak, żeby chcieć ze mną umrzeć?” – pyta autorkę „My z Jedwabnego” Margarita Turkow o swoich rodziców, którzy w trakcie likwidacji warszawskiego getta zdołali odesłać ją na aryjską stronę właśnie dzięki pomocy Ireny Sendlerowej. Ukrywana przez polską i chrześcijańską rodzinę dziewczynka była bita, poniżana i molestowana. Czy w świecie operującym pojęciami „pedagogika wstydu” i „polityka – by tak rzec – anty­historyczna” można znaleźć odpowiedź na jej pytanie?
Jasne: była wojna. Życie ludzkie staniało. Demoralizacja była gigantyczna. Walka o przetrwanie miała wymiar dosłowny, także materialny. Trzeba też pamiętać, że antysemityzm był w ostatnich latach II Rzeczypospolitej ideologią niemal państwową, antyjudaizm zaś – kościelną. Nas, dziś żyjących, nie sprawdzono. Nie wiemy, jak byśmy się w podobnych okolicznościach zachowali. Marek Edelman zauważał, że aby przetrwać, Żyd musiał mieć pieniądze, „dobry” wygląd i znajomych po aryjskiej stronie. Samo słowo „pomaganie” również brzmi sucho – nie oddaje istoty rzeczy. Szaleńczej odwagi. Uczciwości. Miłości bliźniego. Altruizmu. Poświęcenia.
„Jaka siła sprawiła, że chociaż w tej samej wsi spłonęło gospodarstwo razem ze znalezionymi tam Żydami i ukrywającą ich rodziną chłopską, Pagosowie zdecydowali się dalej przechowywać braci Weitów? – zastanawia się Jacek Leociak w książce „Pomaganie”, opisując historię ze wsi Gruszów pod Dąbrową Tarnowską. – Abram po latach relacjonował: »Stanisław się wtedy załamał, ale nie powiedział, żebyśmy poszli. ‘Moje życie jest związane z waszym życiem’ – rzekł i nic więcej«”.
W płomieniu Tym bardziej trzeba mówić i pisać ostrożnie. Tym bardziej trzeba oddawać sprawiedliwość takim ludziom jak niepiśmienna Marianna Barańska ze wsi Sabinów. „Podczas okupacji przechowywałam u siebie Żyda Łaska Oszera prawie trzy lata – relacjonowała po wojnie. – Przed tym go nie znałam. Zrobiłam to dlatego, by człowiek przeżył. Prócz tego przebywał u mnie Majerholc rok czasu. Pieniędzy u nich nie brałam. Chciałam ludzi ratować, życie jest drogie”.
Innymi słowy: heroizm nie jest normą społeczną i nie wyznacza powszechnie obowiązujących standardów zachowania. Jest, jak przypomina Leociak, „odstępstwem od normy” i przeciwstawieniem się instynktowi samozachowawczemu w imię wartości wyższych niż zachowanie własnego życia. Jeśli zamienimy opowieść o pomaganiu w zjawisko masowe, a bohaterskie jednostki sklonujemy, nie tylko zafałszujemy rzeczywistość: pogrążymy Sprawiedliwych w odmętach banału. „Naturalnym odruchem każdego z nas jest cofnięcie ręki, kiedy znajdzie się w pobliżu płomienia – pisze autor „Pomagania”. – Ci, którzy odważyli się pomagać Żydom, narażając życie swoje i bliskich, potrafili trzymać rękę w płomieniu i nie cofać jej”.
To perspektywa moralisty. Może ją, niestety, uzupełnić obserwacja historyka.
Kiedy w 1942 r. w Delegaturze Rządu na Kraj trwały rozmowy o stworzeniu organizacji pomocy Żydom, reprezentanci Stronnictwa Narodowego byli przeciwni i sprawa się przeciągała. Decyzja o uruchomieniu – niewystarczających, rzecz jasna – pieniędzy (5 proc. całego budżetu opieki społecznej Państwa Podziemnego) i utworzeniu Komitetu Pomocy Społecznej dla Ludności Żydowskiej zapadła dopiero 27 września 1942 r., trzy lata po wybuchu wojny i kilka dni po zakończeniu „Grossaktion Warschau”. „Większość polskich Żydów już wtedy nie żyła – pisze Anna Bikont. – Zginęli rozstrzelani w czasie likwidacji gett albo zagazowani w obozach śmierci”.
Prawdziwy pomnik Tak, Irena Sendlerowa jest bohaterką. Jedną z największych, jakie Polska wydała w XX wieku. Ze wszystkim, co o niej wiemy.
Ze społecznikowsko-lewicowym zaangażowaniem, demonstrowanym przecież nie tylko w czasie niemieckiej okupacji, ale także przed i po wojnie. Z bezgraniczną odwagą i fantastycznym zorganizowaniem zarazem – bo przecież trzeba dodać, że większość uratowanych dzięki niej żydowskich dzieci nie widziała jej na oczy, a ona sama zajmowała się głównie logistyką operacji wyprowadzania ich z getta i organizowania bezpiecznych kryjówek. Z bezlitośnie trzeźwą obserwacją, że swoją popularność w ostatniej dekadzie życia (zmarła w 2008 r., damą Orderu Orła Białego została 5 lat wcześniej) zawdzięczała temu, że „po Jedwabnem potrzebny był bohater” („Jestem narodowym alibi” – pisała w jednym z listów). Ze wspomnianymi już zmyśleniami i koloryzowaniem okupacyjnych historii (z pełnym przekonaniem powtarzała np., że uratowała 2,5 tys. dzieci – Bikont udowadnia, że ta liczba też jest potężnie zawyżona). W końcu: z ceną, jaką zapłaciła w swoim życiu osobistym.
„Irena mówiła, że się rozwodzą, potem się schodzą, potem znów rozwodzą, i tak to trwało” – powie jedna z jej przyjaciółek Annie Bikont. W końcu mąż, ten drugi, wyprowadzi się, a ona wróci do pierwszego, z którym po latach kolejny raz się rozwiedzie (jego syna zaś odda w międzyczasie do domu dziecka). Własne dzieci matki w zasadzie nie widywały. „Swoje uczucia, swój czas oddawała innym, a ze mną i z bratem uprawiała pedagogikę telefoniczną: kontrola zjedzonego posiłku, odrobionych lekcji. Kiedy szłam do pierwszej klasy, ani mama, ani ojciec nie mieli dla mnie czasu, odprowadziła mnie przyjaciółka mamy” – opowiada córka Ireny Sendlerowej autorce jej biografii. Puentując jeszcze mocniej: „Niezwyczajność mojej mamy polega na tym, że wszystkie dzieci miały mamę, a ja mamy nie miałam”. Sama napisze zresztą o tym, robiąc pod koniec życia rachunek sumienia: „Oni nigdy mnie np. dziś nie pocałują, bo mówią: »Teraz chcesz nas całować – a gdzie byłaś?? jak myśmy byli mali i czekaliśmy na Twe pocałunki??«”.
Na okładce książki Anny Bikont, ze zrobionego w 1943 r. zdjęcia Irena Sendlerowa spogląda jednym okiem – drugie jest poza kadrem. Jakby chciała powiedzieć, że patrzymy na historię w sposób ograniczony. Że, choć trzeba próbować, nigdy nie da się jej w pełni zobaczyć, zrozumieć i opowiedzieć.
Naprawdę, lepiej nie zamieniać jej w polityczny oręż.©℗
submitted by SoleWanderer to Polska [link] [comments]


2018.05.07 23:08 jaqqu7 [Spoiler] Darling in the FranXX epizod 16 - podsumowanie

Halo? Moderacja Wykopu? Wszędzie mnie nie zbanujecie!

W ogóle, co za ponury żart, że człowiek próbuje się z nimi skontaktować przez trzy miesiące w sprawie tagu anime, a oni potrafią w jeden dzień wlepić mi bana cały jeden księżyc. Banda hipokrytów. Do zbanowania za każdą głupotę to pierwsi, ale żeby odpowiedzieć użytkownikom na ich pytania, będą ignorować cały czas.
 
Poprzedni epizod zakończyliśmy na finałowej bitwie o ochronę Plantacji 13 oraz zdobycie szturmem z rąk cyber-kaiju, obiektu zwanego Wielką Szczeliną. Udało się także w końcu spotkać Zero Two z Hiro, który przetransportowany przez Ichigo, przy dużej dawce wsparcia od Goro - dostał się do będącej w trybie berserka Strelizi i przebił się przez mentalne bariery swojej partnerki, aby wydobyć ją ze stanu, w jakim ostatnio tkwiła. Już pogodzeni, zaczynający własną historię od (nowego) początku ruszają, jako awangarda, do ostatecznego przełamującego szturmu. Wiąże się to m.in. z bardzo efektowną przemianą mecha na wersję szkarłatną, a i Ichigo pogodziła się, że spadła na samo dno friendzone i nigdy się z niego nie wygrzebie. Choćby nie wiadomo jak mocno próbowała. Dodatkowo dowiedzieliśmy się, że pary Dziewiątek są odwrócone względem tego jak w kokpicie ułożone pary są zazwyczaj... no i jeszcze pojawiła się wielka cyber łapa z wnętrza ziemi.
 
Odcinek zaczynamy jednak od ładnej klamry kompozycyjnej dla ostatnich wydarzeń, gdzie książka z legendą o potworzycy i księciu ponownie odbija się echem w historii, tym razem jednak w bardziej pozytywnym znaczeniu. Mamy także pogląd na całe to pobojowisko i co zostało z Plantacji 13, a właściwie to sam jej rdzeń z kopułą mieszkalną naszej ekipy głównych bohaterów. Co więcej tuż przed openingiem mamy obraz jak Zero Two sobie pilnikiem reguluje rogi. Używając przy tym oczywiście tego zbitego lusterka, które jeszcze w całości dostała od MC-kuna. Nawiasem, to podobnie ze swoim porożem radził sobie Hellboy – tyle, że tamten używał szlifierki, bo i rozmiar większy. Z tej drobnej scenki już widać, że nasza różowowołosa bohaterka dzięki ostatnim wydarzeniom stała się nieco łagodniejsza. Widać wspomnienia i odzyskanie swojego prawdziwego „najdroższego” – sprawiło, iż mogła zostawić wszelkie maski oraz mentalne mury, jakie wokół siebie zgromadziła. Okres jej poszukiwań oraz poświęceń innych się zakończył (przynajmniej na razie).
 
Nie spodziewałem się natomiast tego, że dostaniemy mocno zmodyfikowaną czołówkę – kolorystyka z czerwieni zmienia się w błękity, a i sama piosenka zmienia ton. Na początku widać np., że te olbrzymie dłonie, które już wcześniej widzieliśmy pod koniec poprzedniego odcinka, tutaj dość delikatnie z uczuciem otulają Zero Two. Dodatkowo piloci z Plantacji 13 są bardziej ukazani, jako grupa niż pojedyncze pary (chociaż i te tutaj również występują), gdzie wspólnie próbują dosięgnąć czegoś nieuchwytnego. Wydaje mi się tutaj, że chodzi o uczucie, jakie jest między Zero Two a Hiro, że miało być to aspiracją każdego z pozostałych bohaterów do tego, aby samemu również to poczuć. Wzmacnia to jeszcze fakt, że mechy są ukazane, jako ptaki – te znów od początku anime stanowią mocne podwaliny pod całe lore, przecież od narracji od nich zaczynał się cały Darling in the FranXX, a właściwie o samotności, a tutaj mamy obraz jak wspólnie szybują w przestworzach. Ta sielanka przerwana jest przez wizję, prawdopodobnie, kolejnej hybrydy. Przybrała ona quasi pajęczą postać i ma pojedynczy róg na czole, w przeciwieństwie do dwóch Zero Two. Czyżby blue oni? Numer 000 lub 001? Jakiś kolejny ukrywany eksperyment cyber papieży? Niepokojący jest też powtarzający się motyw znikającej naszej różowowłosej. Czeka ją na koniec ostateczne poświęcenie? Mam nadzieję, że nie odwalą czegoś w stylu ślubu z TTGL – tam o mały włos nie wyrzuciłem biurka i komputera za okno.
 
Tymczasem u Cyber Papajów: okazuje się, że na ostatnią bitwę poświęcono aż sześćdziesiąt procent zasobów ludzkich, jakimi dysponowali. Jednak udało im się zdobyć i zabezpieczyć Wielką Szczelinę do ich dalszych planów – przede wszystkim budowa czegoś, co nazywają Hringhorni idzie wg. nich zgodnie z planem, a co za tym, mają oba elementy im potrzebne w rękach. Swoją drogą, ta tajemnicza struktura wygląda na niepokojąco organiczną, a parę elementów przypomina wyciągnięte w górę ręce. Po tym jednak zostawiamy to i wracamy do naszej ekipy, która od miesiąca jest zostawiona bez rozkazów w zrujnowanej Plantacji 13. Narrację chyba tutaj prowadził Futoshi. Wygląda na to, że przez zniszczenia ich zasoby mocno się ograniczyły, a z wieloma rzeczami muszą radzić sobie sami, gdzie wcześniej do nich one nie należały jak np. pranie robili im tajemniczy „opiekunowie”. No i Hiro wraz z Mitsuru są w zdecydowanie lepszych stosunkach odkąd ten drugi wziął na klatę wszystkie swoje zawody związane z protagonistą i nauczył się z nimi żyć. Fajnie widzieć też, że Zero Two wróciła do swojej weselszej formy, za którą tyle osób ją polubiło. No i samo jedzenie przypomina w końcu wojskowe racje, a nie stołówkę dla wyższej klasy społecznej. Generalnie sceny w domu służyły za oczyszczenie ostatków ciężkiego klimatu, które jeszcze zalegały gdzieś po kątach.
 
Cały czas mnie zastanawia, jaką właściwie agendę ma Dr. FranXX – nie jest to na pewno pozytywna postać, ale wygląda na to, że jego osobiste cele nie są do końca zbieżne z tymi Cyber Papieży. Co planuje dla ekipy z Plantacji 13? Kolejne testy? A może wszystko, co chciał osiągnąć jest na swoim miejscu i teraz czeka na odpowiednią chwilę, aby wykonać ruch? Poza Papajami, którzy oczywiście mają swój evil keikakku (keikakku means plan #pdk), to jednak on jest większa enigmą. Póki co jednak zostawiamy ten fragment i skupiamy się na relacji Mitsuru i Kokoro. Ten pierwszy artykułuje wreszcie swoje wątpliwości, co do swojej „vendetty” przeciwko Hiro za złamaną przysięgę i widząc, że nie zrobił tego do końca z własnej woli, sam czuje się nieco winny przez to jak go tyle lat oskarżał. Kokoro znów jak zwykle spokojnie go wysłuchuje i próbuje być jak najlepszym oparciem emocjonalnym. Przemianę tę symbolizuje zmiana fryzury na taką, która bardziej przypomina tą z lat dziecięcych Mitsuru – powrót do tej bardziej niewinnej strony. Znów powtarza się motyw startu od nowa. Mamy też chwilkę spędzania czasu sam na sam Zero Two z MC, gdzie przechadzają się między jeszcze pokrytymi kwiatami, drzewami wiśni japońskiej. Pamiętacie scenę z początku anime? Kolejne do niego odniesienie. Also trochę miejsca dla fanservice też się znalazło… chociaż przerywanego przez pnące się na maszcie „flagi śmierci”. We włosach Miku pojawiają się ślady białych kosmków. Widać pilotowanie FranXX powoduje drastyczne skracanie życia. Nie poświęcono zagadnieniu na razie dużo czasu i po tym jeszcze parę momentów czystego SOL i interakcji między bohaterami. Jednak ostatecznie stres oczekiwania na jakiekolwiek informacje także daje o sobie znać.
Na koniec jeszcze bardzo ładna scena, gdzie Zero Two z pamięci odtwarza strona po stronie tę baśń o Księciu i Potwornej Księżniczce. W trzewiach Wielkiej Szczeliny jednak coś się przebudziło i wzywa naszą potworzycę do siebie. A i nowy ending jest bardzo przyjemny.
submitted by jaqqu7 to anime_dyskusje [link] [comments]


2018.01.20 19:19 hipciu Polski internet - przemyślenia o Polakach w sieci

Mam 26 lat, dostęp do sieci miałem od około 10 roku życia. Można powiedzieć, że dorastałem razem z nim. Internet nie był popularny, wszyscy się uczyli jego obsługi i mało kto był rzeczywiście obyty w tym. Ale dość szybko zorientowałem się, że znaleźć można tam prawie wszystko i zajmuje to dosłownie sekundy. Dzięki temu łatwiej było mi w szkole z zadaniami domowymi, znajdowałem dodatkowe zadania i tym podobne. Znajomi mieli to samo, w liceum każdy posiłkował się Googlem, było to łatwe i oczywiste.
Fast forward to the present. Przez naprawdę długi czas nie miałem styczności z, nazwijmy to, polskim internetem - czyli co jest popularne (poza jakimiś rzeczami, które się wybijały do rozmów), co tam ludzie wypisują i o czym rozmawiają. Żyłem w trochę zamkniętej bańce, po polsku czytałem rzeczy związane z szeroko pojętym IT, parę grup na FB związanych z podcastami, reddit. Na samym FB nie wyświetla mi się prawie nic od znajomych, nie mam pojęcia co lajkują i komentują. Co się zmieniło? Jakiś czas temu kupiłem sobie konsolę do gier i dołączyłem do polskiej grupy. Dodatkowo zacząłem zwracać uwagę na inne grupy, do których dołączyłem lata temu i zapomniałem o nich. Po dwóch miesiącach chciałbym podzielić się paroma spostrzeżeniami o tym jak Polacy korzystają z internetu.
Przede wszystkim, odnoszę wrażenie, że Polacy, bez względu na wiek, nie potrafią wyszukiwać informacji. Wypytują się o najprostsze rzeczy na FB. Więcej czasu zajmie im wejście do odpowiedniej grupy i napisanie postu, niż po prostu wyszukanie w dowolnej wyszukiwarce. Parę przykładów (będę się posiłkował grupą związaną z Nintendo Switch):
Czy konsolę można kupić w Polsce?
Czy na konsolę jest gra X?
Czy na allegro można dostać grę Y?
To wygląda jakby ludzie się tak rozleniwili, że internetu poza Facebookiem nie widzą lub... po prostu nie wiedzą, że sami są w stanie odpowiedzieć na takie pytania.
Kolejną rzeczą jest zadawanie bezsensownych pytań i odpowiadanie kompletnie bez sensu. To jest chyba najbardziej subiektywny podpunkt. Jestem tak zwanym ścisłowcem, może dlatego mnie to dziwi po prostu.
Mam 200 zł do wydania. Lepiej kupić grę X za 110 czy Y za 80?
Tutaj w komentarzu obie opcje są wybierane, po chwili zaczyna się mieszanie z błotem jednych przez drugich.
Co sądzicie o grze X? Opłaca się kupić? Fajnie się gra?
Czasami ludzie pytają o grę, która nie ma nawet daty premiery. A w komentarzach oczywiście rozstrzał odpowiedzi we wszystkie strony, łącznie z opcją jeśli w ogóle zadajesz to pytanie to odpuść sobie konsolę.
Ktoś sprzedaje grę. W komentarzach:
Po co sprzedajesz? Mój syn gra już trzeci raz i mu się podoba.
Albo:
Nie sprzedawaj, graj dalej, przecież to super gra.
Hitem był chyba post faceta, który się przywitał, podziękował za dołączenie do grupy i poinformował, że kupi konsolę w kwietniu.
Miałem zapisaną jedną z dyskusji, ale musiałem ją przypadkiem usunąć, bo nie mogę znaleźć tego teraz. W każdym razie, dziewczyna pytała się o grę X, dostała parę odpowiedzi, po czym pojawiło się chyba jej dziesięć komentarzy opisujących jak to jej mąż i dzieciak zachwycają się grą Y (kompletnie inną i niezwiązaną z X) oraz ich plany na wakacje i film w kinie...
Ostatni punkt dotyczy pisowni i ortografii. Ręce mi tutaj opadają. Podstawowe błędy zlewam, bo samemu zdarza mi się popełniać, jak chyba każdemu. Jednak to wygląda jakby te osoby w ogóle nie czytały książek, gazet, artykułów - no po prostu niczego. Jakieś dziwne konstrukcje z wykorzystaniem znaków... specjalnych? Nie wiem jak się nazywają te nie-literki poza klawiaturą.
Witam .Jestem nowy , mam takie pytanie mianowicie :"Gdzie znajdę X ?"?
Niestety, nie są to pojedyncze przypadki. Kompletnie niezależne od wieku, wykształcenia. Żeby daleko nie szukać, mój ojciec będący lekarzem w ogóle nie potrafi pisać, kropki i przecinki latają sobie między wyrazami jak chcą.
W tym całym nudnym, podejrzewam, wywodzie pominąłem fenomen memów, odpisywania za pomocą siedmiu takich samych emotek i tym podobnych rzeczy - do tego nadal nie mam naturalnego dostępu.
Na końcu mały disclaimer. Nie twierdzę w żadnym momencie, że jestem geniuszem sieci, mogę robić wszystko i nigdy nie mam z niczym problemów. Ale takie najprostsze rzeczy jestem w stanie bez problemu samemu załatwić.
Jeśli udało ci się przeczytać całość, dzięki i mam nadzieję, że nie zamęczyłem za bardzo.
submitted by hipciu to Polska [link] [comments]


2017.04.16 17:37 SoleWanderer Polska to głupi raj podatkowy. Dlaczego pozwalamy się okradać? - wyborcza.pl

http://wyborcza.pl/duzyformat/7,127290,21631927,polska-to-glupi-raj-podatkowy-dlaczego-pozwalamy-sie.html
Austriacy skubali Czechów, więc Czesi znaleźli sobie własnego wypasionego miśka. Teraz skubią nas. Polska na optymalizacji podatkowej traci rocznie 46 mld zł. Europa - 300 mld euro. Rozmowa z prof. Dominikiem Gajewskim. Artykuł dostępny tylko dla prenumeratorów cyfrowej Wyborczej Co jest przyczyną? – Brak solidarności. W 2008 roku przyszedł kryzys i każdy kraj zaczął sobie radzić na własną rękę. Ratuj się kto może! Weźmy Austrię: mieli kłopoty z bankami, eksport spadł im o 20 proc., więc co zrobili? Oskubali sąsiadów. Rząd wprowadził przepisy, które pozwalały holdingom z innych krajów Europy nisko opodatkować zyski. „Przyjdźcie do nas, a damy wam realną stawkę kilkuprocentową”. Patent bezczelny, ale skuteczny. Odbyło się to głównie kosztem Włoch, Węgier, Słowacji i Czech.
Bo firmy zaczęły przenosić fabryki do Austrii? – Skąd! Tylko zyski na papierze. Jeśli kieruje pan dużą firmą produkującą meble we Włoszech, to nie przeniesie się pan z całym majdanem do Austrii. Po co? Rejestruje pan spółkę w Wiedniu i płaci odtąd realnie 6 proc. podatków.
To jest zgodne z unijnym prawem? – Nie jest. Czesi się wściekli. Złożyli oficjalny protest do Komisji Europejskiej. „No jak to? Austria robi takie numery, a wy nie reagujecie”. Bruksela uruchomiła procedurę kontroli.
Jak z naszym Trybunałem? – Tak. Powołała zespół. Zespół sprawę badał. Przesłuchał przedstawicieli krajów poszkodowanych i przesłuchał Austriaków. Argumenty, tłumaczenia, dyskusje. Po kilku miesiącach Austria dostała tzw. decyzję żółtej kartki. Odwołała się. Znowu argumenty, tłumaczenia, dyskusje. Czas leci. Żółta kartka się uprawomocniła, to potem jest kartka czerwona. Kolejne odwołania. Trwało to rok, firmy przez cały ten czas miały raj podatkowy. W końcu Bruksela wysłała do Wiednia decyzję: „Macie to zmienić”.
A Wiedeń: „Nie będziecie nam mówić!”. – Przeciwnie: „Ależ oczywiście, szanujemy wartości europejskie, bardzo przepraszamy i już zmieniamy”. Z dniem 31 grudnia przepisy zlikwidowali, a od 1 stycznia wprowadzili inne, które działają bardzo podobnie.
Cyrk. – Jest jeszcze ciąg dalszy. Otóż Czesi i Słowacy po tej lekcji zmienili taktykę: „No pięknie. Unia nam nie pomogła, Austria bawi się w kotka i myszkę. Zróbmy to samo”. Postanowili wejść do gry i oskubać kogoś innego. Kogo Czesi i Słowacy mają jako takiego wypasionego miśka?
Polskę? – No oczywiście. Proszę zwrócić uwagę, ile luksusowych samochodów zaczęło jeździć po Warszawie na czeskich numerach. I nie przyjechali tutaj turyści. Firmy – zwłaszcza ze Śląska – rejestrują działalność w Czechach i tam się rozliczają z podatków.
Przecież stawki podatkowe dla firm w Polsce i Czechach są takie same. – Bo na tym polega inteligentny raj podatkowy, że pozornie wszystko jest w porządku. W Austrii oficjalne podatki też są wysokie. „My zaniżamy podatki? Ależ skąd! Spójrzcie na nasze stawki!” – odpisują Brukseli. Czesi przyjęli taką taktykę: „Przyjdź do nas, polski podatniku, a będziesz mógł korzystać z zasady gościnności podatkowej”.
Gościnności? – Jak pan przyjmuje gości na herbatce, to przy wyjściu nie sprawdza im kieszeni, prawda? Firma może swój dochód zmniejszyć o różnego rodzaju koszty, które nie mają związku z działalnością. Oficjalnie podatek wynosi 19 proc., ale płaci go pan od jednej dziesiątej rzeczywistych zysków, bo resztę może wrzucić w koszty. I realne opodatkowanie to niecałe 2 proc.
W raju podatkowym ważniejsze są ulgi niż stawki - mówi specjalista od podatków prof. Dominik Gajewski z SGH
I to się Czechom opłaca? – Oczywiście. Bo mają zerowe koszty jako państwo. Im bardziej firma działa u sąsiada, tym lepiej mieć jej podatki. Tłumaczyć?
Tak. – To weźmy przykład wielkiej europejskiej korporacji handlowej, która ma tysiące sklepów i miliardy euro obrotów. Jej ciężarówki wożą towary po drogach Niemiec, Francji, Włoch i Polski. Drogi się zużywają, prawda? Trzeba je remontować z podatków. Jak ciężarówka ma wypadek i nikt się nie chce przyznać, to sąd rozstrzyga, kto winien. Sądy też utrzymuje się z podatków. Jak pracownik magazynu spadnie z drabiny, to ląduje w publicznym szpitalu. Kiedy osiągnie wiek emerytalny, to dostaje od państwa emeryturę. I tak dalej. Tam, gdzie firma działa i ma obroty, tam generuje też rozmaite koszty, które ponosi państwo. Podatki mają te koszty pokrywać. A tu nagle pojawia się dobry wujek w postaci małego Luksemburga albo Austrii, gdzie firma nie prowadzi żadnej rzeczywistej działalności: „My ci pozwolimy płacić 2 proc., ale rozlicz się u nas”. Spijają śmietankę podatkową.
No ale to jest złodziejstwo. – Jest.
I co? – Nic. Oficjalnie się do tego nie przyznają. „No jak to? Co się czepiacie? Mamy dobry system podatkowy, wysokie stawki, wszystkich praw przestrzegamy”. Luksemburg potajemnie podpisywał umowy z wielkimi korporacjami na opodatkowanie zysków stawkami od 1 do 3 proc. W 2014 roku dziennikarze to ujawnili i wybuchła afera Luxleaks. Okazało się, że Luksemburg ściągnął do siebie cały biznes europejski, 340 największych holdingów. Na tej liście byli wszyscy. Może pan strzelać nazwami w ciemno.
Ikea? – Była.
Coca-Cola? – Była. Amazon, Google, Lukoil. Wszyscy liczący się na świecie – od Stanów Zjednoczonych po Rosję – płacili od swoich europejskich zysków od 1 do 3 proc. podatku. Jeśli nawet nazwa jakiejś dużej firmy nie pojawia się w dokumentach z Luksemburga, to są różne spółki córki. Oficjalnie stawka podatku CIT w Luksemburgu wynosi 29 proc. „Mamy wysokie podatki”. A pod stołem – 1 proc. Bo zastosujemy ulgi i zwolnienia, które nie funkcjonują nigdzie indziej. Wykorzystali stare regulacje z lat 50., które zapomniano skasować w trakcie przyjmowania Luksemburga do Unii.
Miliardy wyciekają frajerom. Jeśli Marine Le Pen zostanie prezydentem Francji głosami sfrustrowanych młodych, podziękujcie Pepsi, Ikei i Deutsche Bankowi
Inni też tak robią? – Szwajcaria. Cztery lata temu straciła swoją najsilniejszą kartę, czyli to, że była światowym centrum tajemnicy bankowej. Stany Zjednoczone najmocniej na to naciskały, bo tropiły po całym świecie miliardy grup przestępczych, dochodziły do Szwajcarii i odbijały się od ściany. W końcu tę ścianę skruszono, Szwajcarzy zgodzili się wymieniać informacjami. Więc te szemrane miliardy już tam nie płyną tak szerokim strumieniem. Trudno utrzymać się z czekolady, zegarków i stoków narciarskich. Trzeba wymyślić coś ciekawego. I teraz poszczególne kantony dilują z korporacjami.
Dilują? – Specyfika systemu szwajcarskiego polega na tym, że każdy kanton ma sporą suwerenność i może ustalać indywidualne rozwiązania podatkowe w zależności od potrzeb holdingów. Jak się Bruksela próbuje wtrącać, to Szwajcaria, która nie jest w Unii, może mówić: „Nie wasza sprawa”. Oczywiście jeśli nacisk Brukseli jest silny, to w końcu ustępuje, ale za chwilę w innym kantonie pojawia się podobne rozwiązanie, które pozwala podatki optymalizować. Ostatnio odbyło się w Szwajcarii referendum. Pytano, czy państwo powinno przyznać obywatelstwo wnukom imigrantów. A przy okazji zadano też inne pytanie: „Kraje sąsiednie i Komisja Europejska naciskają, żebyśmy nie stosowali konkurencyjnych rozwiązań podatkowych. Czy zgadzasz się, żeby te rozwiązania były bardziej restrykcyjne?”. I obywatele odpowiedzieli: „Nie”. Chcą, żeby holdingi miały u nich preferencyjne stawki. Zgarną tylko 3 proc., ale i tak się opłaci.
Europejskie banki w rajach podatkowych. Wyprowadziły aż jedną czwartą zysków!
Bo nie ich drogi są rozjeżdżane. – Tak. Holding otwiera w Szwajcarii biuro, które ma 50 metrów kwadratowych i prawa do znaku towarowego. Oddziały holdingu z innych państw Europy muszą tej szwajcarskiej spółce przelewać setki milionów opłat za korzystanie z tego znaku.
I cały swój zysk taka firma rozlicza w Szwajcarii? – Niecały. Jak jest pan prezesem wielkiej międzynarodowej firmy, to musi kombinować inteligentnie. W Niemczech zostawia pan do opodatkowania 5 proc. rzeczywistego zysku, w Anglii – 3 proc. I te ogryzki opodatkowuje tamtejszymi wysokimi stawkami.
Po co? – Żeby nikt się nie czepiał. Jeśli dziennikarze „Die Welt” na konferencji prasowej zapytają prezesa: „Czy płacicie podatki?”, to może odpowiedzieć: „Płacimy! Aż 30 proc. według niemieckich stawek, proszę spojrzeć do bilansu”.
Jeden ze szwajcarskich trików to ulga nieruchomościowa. Holdingi mogły odliczać od podstawy podatkowej kredyt hipoteczny wzięty na nieruchomość. Powie pan: nic nadzwyczajnego, w wielu państwach firmy mogą odliczyć odsetki. Ale tam można było odliczyć całą ratę kapitałową! Co to oznacza? Że holding, zamiast zapłacić podatki, kupował nieruchomość. Po pięciu latach był posiadaczem dużego hotelu albo biurowca.
Ale po co takiemu holdingowi biurowiec w Szwajcarii, jeśli tak naprawdę nie prowadzi tam działalności? – Po nic. Sprzedaje nieruchomość po pięciu latach i ma czyste pieniądze z niezapłaconych podatków. Prezes firmy nawet nie musi tego biurowca oglądać, bo wszystko odbywa się za pośrednictwem wyspecjalizowanej kancelarii. Ale jak pan zapyta prezesa o podatki: „Płacimy! Przecież w Szwajcarii stawka wynosi 21 proc., proszę sobie sprawdzić”.
Holdingi działają transgranicznie. Jakieś działanie u nas może być niedozwolone, ale jeśli przerzucimy je do spółki w Czechach, będzie dozwolone. Jeszcze inną część działalności przerzucimy do spółki w Irlandii. Fiskus wariuje, bo nie wie, jak do tego podejść. Oczywiście może pan uciec dalej, do Afryki, na Kajmany. Każdy holding, tworząc swoją strategię podatkową, ma do dyspozycji derywaty, instrumenty hybrydowe, ich nazw urzędnicy nawet nie znają. Ciągle są nowe mody, jedne triki znikają, pojawiają się inne.
Ostatnio co jest modne? – „Pożyczka obligacji szanghajskich”. Cała Europa się z tym zmaga. Ten instrument jest tak pomyślany, że pozwala wytransferować cały zysk do Azji. Przerzucić go do spółki w Szanghaju i kupić obligacje, które mają horrendalnie wysokie oprocentowanie. W slangu korporacyjnym mówi się, że te papiery są „wysoko uzyskowione”. Przychodzi kontrola: „No jak to? Przerzuciłeś zysk w jakieś azjatyckie obligacje? Przecież mogłeś kupić obligacje krajowe”. „Ale tamte mi dadzą 50 proc. zysku, miałem cel ekonomiczny, żeby tak zrobić”.
I gdzie jest trik? – To jest fikcja.
Nie przyniosą takiego zysku? – Ale kiedy to można stwierdzić? Po pięciu latach, kiedy zobowiązania podatkowe się przedawnią.
Za pięć lat pieniądze z tych obligacji wycofam. – Tak. Bez płacenia podatku.
I wszyscy wiedzą, że to jest oszustwo? – Ale jak pan to udowodni? Obligacje szanghajskie są tak skomplikowane, że jak biedna pani Krystyna z urzędu skarbowego usiądzie nad tym, to załamie ręce. A jeszcze dokumenty przyjdą w obcym języku.
A jeśli to będzie Christine z brytyjskiego urzędu skarbowego? – To na Christine jest jakiś inny sposób. Korporacje międzynarodowe monitorują państwa, sprawdzają na bieżąco orzecznictwo sądów i słabe punkty urzędów skarbowych. Wiedzą, jakie słabości ma nasza Krystyna, a jakie brytyjska Christine. Azja jest teraz głównym ośrodkiem optymalizacji podatkowej z intelektualnym centrum w Kuala Lumpur. Zatrudnili najlepszych specjalistów z USA i Europy, dali im kosmiczne stawki. Jako prezes wielkiej firmy może pan polecieć do Kuala Lumpur i powiedzieć tak: „Chcę wytransferować z Europy Środkowo-Wschodniej 30 mld euro”. I oni sprzedadzą panu strategię szytą na miarę. Zbudują hybrydę z paru spółek i zaplanują kolejne ruchy polegające na przerzucaniu zysków między nimi.
Żeby zejść z podatkami na zero? – Zwykle chodzi o zejście na 3 proc. Jest mniej więcej tak: robi pan trzy ruchy między spółkami i wtedy, zamiast płacić 19 proc. podatku, płaci jakieś 6-7 proc. Sześć ruchów – można zejść na 3 proc. A może pan zrobić osiemnaście ruchów i wtedy będzie zero.
Czyli uczciwość korporacji polega dziś na tym, że płacą w Europie podatki w wysokości 3 proc. i łaskawie nie schodzą na zero? – Niektóre schodzą. Wiele płaci 3 proc., inne – te mające skrupuły – 6-7 proc. Korporacje mają do dyspozycji 600 instrumentów optymalizacji podatkowej. Ale to nie wszystko. Jeśli prowadzi pan biznes w dziesięciu europejskich krajach, to może korzystać z umów międzypaństwowych o unikaniu podwójnego opodatkowania. Zaczęto je podpisywać w latach 60., czyli w czasach, kiedy każdy robił wielkie oczy na określenie „umowa leasing”. Są więc pełne dziur i nie uwzględniają zjawisk, z którymi mamy do czynienia dzisiaj. Ale nadal obowiązują. Dziś umowy o unikaniu podwójnego opodatkowania służą unikaniu jakiegokolwiek opodatkowania. Każde państwo podpisało ich od 60 do 150. A proszę pamiętać, że umowy międzynarodowe mają pierwszeństwo przed ustawami krajowymi. Międzynarodowa korporacja może zbudować siatkę spółek i tak żonglować, że zapłaci 0,01 proc. podatku. W świetle prawa.
Szwindel. – Tak. Tylko nie ma sensu używać takich słów i pałać świętym oburzeniem. Nie chcę, żeby mnie odbierano jako moralistę, który prowadzi krucjatę przeciw holdingom. Bo państwa i rządy są tak samo winne. Brak skutecznej polityki powoduje, że prezesi holdingów muszą się zachowywać coraz gorzej.
Bo? – Jeśli pan jest prezesem, który ma skrupuły, a ja prezesem, który skrupułów nie ma, jeśli pan płaci podatki, a ja – działając w tej samej branży – agresywnie podatki optymalizuję, to kto wygrywa? Z oszczędności na podatkach mam dodatkowe spore pieniądze i przerzucam je na walkę z panem. Na przykład przez rok oferuję swoje produkty poniżej kosztów.
W Unii nie wolno stosować cen dumpingowych. – Wielu rzeczy nie wolno. Tyle że jako prezes holdingu jestem w stanie każdej kontroli wykazać, że to nie jest cena dumpingowa. Co ten uczciwszy prezes ma zrobić? Dwa lata wytrzyma, a potem pokaże słabe wyniki i akcjonariusze wyrzucą go na zbity pysk. Więc prezesami holdingów zostają ludzie, którzy takich skrupułów nie mają. Firmy widzą, że państwa nie reagują, że nie ma żadnych sankcji za agresywną optymalizację. To jest zjawisko psucia dobrego podatnika.
Czy Unia wie, że wielkie firmy płacą najwyżej kilkuprocentowe podatki? – Wszyscy wszystko wiedzą. W 2014 roku po aferze Luxleaks rząd Luksemburga został zmuszony do przekazania Komisji Europejskiej dokumentów. Przekazał ich 7 mln. I widać tam czarno na białym, że holdingi od swoich europejskich zysków płaciły podatki w wysokości 1-3 proc.
I co? – Było wielkie oburzenie, okrzyki, że to skandal. I sporo moralizowania.
Z którego coś wynikło? – Niewiele. Dlatego właśnie jestem przeciwnikiem moralizowania, bo ono służy wyłącznie poprawie naszego samopoczucia, a nie żadnym realnym działaniom.
Więzienie za LuxLeaks. Ale... nie dla oszustów
Ile budżety państw Europy tracą? – Co roku 300 mld euro. To kwota wyliczona na podstawie dokumentów z Luksemburga.
To dużo? – Kosmos.
Ale jak wielki jest ten kosmos? Czy gdyby ta kwota trafiała do budżetów, to nie byłoby problemu deficytów? – Nie byłoby.
Nie trzeba by robić cięć w emeryturach, systemach edukacji i zdrowia, co miało miejsce po kryzysie w wielu krajach Unii? – Pewnie nie. A w każdym razie cięcia nie byłyby tak duże.
To ja czegoś nie rozumiem. Przecież to jeden z głównych problemów rządów europejskich, że mają deficyty i ciągle muszą oszczędzać. Holandia, Francja, Wielka Brytania – wszędzie tam przez ostatnie lata odbywało się odchudzanie sektora publicznego i wszędzie wywołało to frustrację obywateli. – Tak. To jedna z przyczyn fali populizmu. Politycy głównego nurtu wiedzą, że coś z tym trzeba zrobić, tyle że brakuje solidarności. Jedni próbują coś w podatkach załatać, a inni się wyłamują i mówią holdingom: „Zapraszamy do nas”. Z wielkimi firmami dilują Luksemburg, Holandia, Austria, Czechy, Irlandia, zaraz zacznie dilować Londyn. Wiele państw przechodzi na złą stronę mocy. A reszta się zastanawia: „Może trzeba dołączyć?”. Często słyszę na korytarzach w Brukseli takie rozmowy: „Nie liczymy już na solidarność, musimy chronić swój ogródek”. „Może lepiej skubać, niż być skubanym?”. Najbardziej irytujące, że to wszystko dzieje się w ramach Unii Europejskiej, gdzie powinny obowiązywać wspólne zasady. Co jakiś czas wybucha skandal, wszyscy są niesłychanie wzmożeni moralnie, wygrażają holdingom, ale późniejsze działania Brukseli są rozwadniane.
Na przykład? – Komisja Europejska przyczepiła się w zeszłym roku do Irlandii, która pozwoliła firmie Apple zyski z całej Europy opodatkować stawką – uwaga – 0,005 proc. Odbyło się to kosztem wszystkich krajów Unii, również Polski, gdzie przecież ta firma sprzedaje swoje produkty. Wybuchł skandal, powołano komisję, która policzyła, że niezapłacone podatki Apple’a to 13 mld euro. Bruksela powiedziała więc do Irlandii tak: „No, tym razem przesadziliście. Musicie zażądać, żeby Apple oddał te 13 mld. A jak nie, to sami zapłaćcie”.
I? – Guzik. Kto się odezwał? Rząd USA. „Dlaczego nachodzicie nasze firmy?”. I Irlandia natychmiast potulnie ogłosiła: „Dziękujemy pięknie, nie chcemy tych pieniędzy, bo jesteśmy krajem przyjaznym dla biznesu”.
Komu nie zależy na likwidacji rajów podatkowych?
Ekonomista Thomas Piketty pisze tak: „Irlandia najpierw była cudem, potem katastrofą, a teraz jest skandalem. Wprost nieprawdopodobne, że Unia pożycza jej 90 mld euro, aby ratować irlandzkie banki, a jednocześnie nie wymaga podniesienia stawki podatku od spółek. Pozwalamy w ten sposób na podkopywanie bazy podatkowej sąsiadów i nie ma to nic wspólnego z zasadami gospodarki rynkowej czy liberalizmu. To się nazywa kradzież. Pożyczać pieniądze tym, którzy nas okradli, i nie domagać się niczego, co by zapobiegło takiej sytuacji w przyszłości, to z kolei głupota”. – Zgadzam się z Pikettym. Przy czym on pisze o oficjalnym irlandzkim podatku od spółek, który i tak jest niski, bo wynosi 12,5 proc. Ale koncerny nawet tego nie płacą. Nie możemy wyegzekwować od Irlandii uczciwych zasad od lat. Mimo że jest z nami w jednym klubie. Największy problem z Irlandią miała Wielka Brytania, bo wiele spółek tam odpłynęło. A teraz z kolei cała reszta państw Unii będzie miała problem z Wielką Brytanią, która zacznie z korporacjami dilować. Firmy ulokowane w londyńskim City coś muszą dostać.
Dostać? – Po Brexicie, żeby chciały w Anglii dalej działać. Wielka Brytania będzie nowym rajem podatkowym, mamy to jak w banku. Jestem przekonany, że wprowadzą jednocyfrową stawkę podatku CIT. Najpierw to będzie karta przetargowa w trakcie negocjacji brexitowych, będą tym szantażować całą resztę, a potem i tak to wprowadzą. Dżuma podatkowa drąży nas od wewnątrz. Dla Europy nie jest problemem raj podatkowy w Panamie czy na Kajmanach, bo z tym jako tako potrafimy sobie radzić. Problemem jest nieuczciwość między partnerami.
Facebook w 2014 roku zapłacił w Wielkiej Brytanii 4237 funtów podatku. – Zgadza się.
Przy miliardowych przychodach. – Owszem.
Tak na chłopski rozum: jeżeli firma działa w jakimś kraju, sprzedaje swoje usługi za miliard, wystawia faktury, to przecież urzędnicy skarbowi widzą to na swoich komputerach. – Widzą.
Mogą ten miliard z faktur porównać z podatkiem w wysokości 4237 funtów i zameldować ministrowi finansów, że coś jest nie tak. – Mogą.
Brytyjski minister może zadzwonić do prezesa Facebooka i powiedzieć: „No chyba żartujecie! Cztery tysiące funtów podatku? Albo płaćcie uczciwą dolę, albo do widzenia”. – Tak, genialne rozwiązanie. Tylko przyjmijmy, że jestem tym Zuckerbergiem. Po co mam sprzedawać usługi jako spółka zarejestrowana w Anglii? Sprzedam te usługi jako spółka irlandzka.
„Jeśli nie płacisz podatków, to nie możesz u nas w ogóle sprzedawać. Ani jako spółka brytyjska, ani jako irlandzka czy luksemburska”. – Mogę, bo takie jest prawo. A żeby je zmienić, musi być wola wszystkich stron. Podobne regulacje. Harmonizacja.
Facebook kończy z unikaniem podatków? Zapłaci miliony w Wielkiej Brytanii
Czyli wszystkie kraje Europy musiałyby wspólnie powiedzieć firmom: „Podatki macie płacić tam, gdzie zrobiliście obroty”. – Tak. I powstało takie rozwiązanie. Byłem w grupie ekonomistów, która na zlecenie Komisji Europejskiej je przygotowała. Prace trwały od 2000 roku. Patent nosi nazwę CCCTB, czyli wspólna skonsolidowana korporacyjna podstawa opodatkowania. Holdingi nie mogą przerzucać zysków. Płacą tam, gdzie faktycznie działają.
Dokładnie jak? – Zyski koncernu ze wszystkich państw Unii są traktowane łącznie. Dopiero potem są dzielone na poszczególne kraje. Robi to specjalny algorytm, który uwzględnia, ile holding zatrudnia w danym państwie pracowników, jaki miał obrót i dochód. To wszystko są policzalne rzeczy. Przypadającą mu część zysku każdy kraj samodzielnie opodatkowuje według własnych stawek.
Skuteczne? – Tak. Bo trudniej uciec.
Na Kajmany. – Ale wtedy takiej firmie można powiedzieć to, co pan proponuje: „Nie możesz działać w całej Unii”. I prezes się pięć razy zastanowi, czy stać go na rezygnację z rynku, na którym jest 500 mln konsumentów.
Co się z CCCTB stało? – To co zawsze. Na forum międzynarodowym wszyscy chwalili: „Świetny pomysł! Skończmy z optymalizacją!”. A potem wspólnymi siłami dyrektywę w tej sprawie rozwodniono. Prace nad CCCTB trwały dwanaście lat. Uczestniczyłem w negocjacjach, rozmawialiśmy z przedstawicielami rządów. Przyjeżdża minister finansów wielkiego europejskiego kraju z trzema osobami towarzyszącymi. Uścisk dłoni, przedstawiają się i słyszę, że te osoby towarzyszące to wiceprezesi oraz księgowi największych holdingów. W końcu w 2011 roku powstał projekt regulacji, która jest dziurawa.
Bo? – Okazało się, że CCCTB ma być fakultatywne. To holding decyduje, czy chce to rozwiązanie wybrać, czy nie. I nikt nie zrobił bezpiecznika, żeby uniemożliwić transfer zysków między starym a nowym systemem płacenia podatków. Holding mógłby ogłosić, że korzysta z CCCTB, wszyscy biją brawo, a 90 proc. zysku rozlicza po staremu. Zresztą ta rozwodniona wersja CCCTB też nie została wprowadzona. Kilka krajów – między innymi Polska – zgłosiło weto. „Wkraczacie w nasze ustawodawstwo narodowe, zabieracie nam suwerenność podatkową” itd. Trwają prace. Może jeszcze coś z tego będzie.
A dżuma zaraża? – Zaraża i mutuje. Społeczeństwa mówią: „Gdzie ta sprawiedliwość? Holdingi nie płacą, a wy znęcacie się nad biednym przedsiębiorcą, który nie ma gdzie uciec”. To może prowadzić do rewolucji. Optymalizacja podatkowa ma poważne konsekwencje dla małych i średnich firm. Dusi je.
Jak? – Państwo ma przecież ściśle określoną politykę budżetową. Musi zebrać środki, aby potem je wydać na swoje cele. Jeżeli od największych firm nie wpływa to, co powinno, to gdzie fiskus idzie? Do małego i średniego przedsiębiorstwa. Trochę jak na podwórku pod trzepakiem, gdzie łatwiej utoczyć małego, słabszego niż dużego i dobrze zbudowanego. W zdrowym kapitalizmie jest tak, że dużym firmom siedzą na ogonie firmy średniej wielkości, które bywają sprytniejsze, bardziej obrotne. I co jakiś czas odnoszą sukces, następuje zdrowa wymiana liderów. Ten mechanizm działa dużo gorzej, jeśli średniak musi płacić podatku 20 proc., a wielki holding – 2 proc. I ten wielki ma dzięki temu środki, żeby konkurencję zadusić w zarodku.
Wiadomo, ile Polska traci na optymalizacji podatku CIT? – 46 mld zł rocznie. Wynika to m.in. z dokumentów Luxleaks. Pokazały, z których krajów ile pieniędzy ucieka.
To prawie tyle co polski deficyt. – Tak. Na korytarzach w Brukseli mówi się czasem o Polsce, że jest inteligentnym rajem podatkowym, skoro pozwala wielkim firmom nie płacić. Ale nawet jeśli mamy cechy takiego raju, to po pierwsze – przez przypadek, a po drugie – niczego na tym nie zyskujemy. Nie działamy sprytnie jak Austria czy Irlandia. Tylko: „się zrobiło”.
Się zrobiło? – Jesteśmy głupim rajem podatkowym. To, że nasz fiskus jest bezzębny wobec międzynarodowych korporacji, nie wynika z dilowania, tylko raczej z siły bezwładu. Nawet nie wiemy, jakie sposoby optymalizacji stosują u nas holdingi. To musi sprawdzić urzędnik na dole, a jeśli nie jest przeszkolony, to nie sprawdzi.
Za miliardy z funduszy europejskich budujemy drogi, mosty, tunele. Wykonawcami są koncerny z całego świata. Ale jak pan spojrzy, jakie były wpływy z podatków w czasie, gdy unijne środki płynęły najszybciej, to okazuje się, że CIT nie drgnął. A powinny być przecież wyższe wpływy, skoro tyle się buduje. O co chodzi? Międzynarodowe firmy doradcze, jeszcze zanim weszliśmy do Unii, sprzedawały pilotażowe programy, które pozwalały zoptymalizować w Polsce podatki w kontekście programów unijnych. Teraz zaczynają płynąć kolejne unijne miliardy. I są już gotowe, lekko zmodyfikowane rozwiązania podatkowe z poprzedniej perspektywy budżetowej.
Polska może coś z tym zrobić? – Coś może. Trochę.
Żeby płacili 19 proc.? – No skąd! Tyle to oni nie będą płacić. Jakieś 10 proc. może da się uzyskać, gdybyśmy uszczelnili system. Żeby płacili pełną dolę – czyli uczciwie dokładali się do wszystkich kosztów państwa i zostawiali jakąś górkę – to można załatwić tylko przez solidarne działania państw Unii.
Wspólny rząd? – CCCTB. I ponadnarodowy urząd fiskalny, który będzie w stanie się oprzeć naciskom rynków. Bo jeśli pojedyncze państwo wprowadzi zbyt restrykcyjne rozwiązania, to zaraz jest przez nie karane. Nawet silne Niemcy na zbyt wiele nie mogą sobie pozwolić. Paradoks polega na tym, że suwerenność wobec rynków można dziś zyskać, tylko zrzekając się części prerogatyw państwa narodowego na rzecz takiego wspólnego silnego ciała.
Właściwie dlaczego pan jest po tej, a nie po tamtej stronie? Jako doradca podatkowy zarabiałby pan więcej. – Optymalizacja podatkowa od 20 lat ciekawi mnie naukowo. Wolę ją badać, niż wyszukiwać triki dla firm.
Badał ją pan głównie na Zachodzie. – Bo u nas miałem za mało danych. Zacząłem się w tym specjalizować w latach 90. na studiach w Lublinie i wtedy uchodziło to za dziwactwo. Więc wyjechałem studiować techniki optymalizacyjne do Stanów. Potem wróciłem do Europy na uniwersytety w Wiedniu i Paryżu. Realizowałem projekt dla Komisji Europejskiej, wyszukiwałem luki w unijnym prawie podatkowym, które potem próbowano łatać. To, że byłem naukowcem, otwierało mi drzwi w niektórych holdingach, mogłem z bliska przyjrzeć się metodom optymalizacji.
Dlaczego wrócił pan do Polski? – Bo w 2014 roku dostałem telefon z Ministerstwa Finansów. Mateusz Szczurek zaproponował, żebym pomógł stworzyć strategię uszczelnienia naszego systemu podatkowego. Pracowaliśmy ponad rok z całym zespołem. Strategia powstała, ale jej nie wprowadzono.
Dlaczego? – Szczurek był mocno za. Próbował to przepchnąć. „Świetnie. Ale po wyborach” – zdecydowali politycy. Podejrzewam, że nie chcieli mieć jęków biznesu o gnębieniu kontrolami. Drobny i średni biznes to też są przecież wyborcy.
Holdingi znakomicie to rozegrały PR-owo. Mówię to z pewnym podziwem. Elementem naszej strategii było wprowadzenie tzw. klauzuli unikania opodatkowania. Dzięki niej fiskus może zajrzeć w księgi rachunkowe korporacji, wyłowić dziwne transakcje, które służą optymalizacji, i nakazać zapłatę podatku w normalnej wysokości. Napuszczono media, mały i średni biznes zaczął krzyczeć, że to będzie brzytwa w ręku głupiej małpy, czyli państwa. Ministerstwo, niestety, nie potrafiło rozsądnie przeciwstawić się tej propagandzie. Tłumaczyłem Krajowej Izbie Gospodarczej zrzeszającej polski biznes: „To jest brzytwa na holdingi międzynarodowe, a nie na was!”. Trochę się udało ich przekonać, więc opór zelżał, no ale zbliżały się już wybory i nic z tego nie wyszło.
Naszą strategię – tzw. tarczę podatkową – pokazaliśmy posłom. Bardzo byli poruszeni, że budżet tyle pieniędzy traci: „Skandal!”, „Trzeba coś z tym zrobić!” itd. Po czym nikt się de facto tym nie zainteresował. Niech pan sobie wyobrazi, że po tej całej prezentacji dla posłów dostałem tylko jeden telefon – z ambasady jednego z sąsiednich krajów. Próbowali mnie ściągnąć do siebie, żebym doradzał ministrowi finansów.
No ale coś się panu w Polsce udało? – Nie bardzo. Moim jedynym sukcesem jest to, że wyciągnąłem problem spod dywanu. Parę lat temu polscy politycy o tym nawet nie mówili.
Nie wiedzieli? – Wiedzieli. Tylko jak się zaczyna o czymś mówić, to pojawia się problem: „No ale co z tym robicie?!” – pytają dziennikarze. A ponieważ nie mamy w administracji specjalistów od optymalizacji podatkowej i nie bardzo wiadomo, co robić, to politycy woleli siedzieć cicho. Mówiono sporo o karuzelach VAT – czyli działalności przestępczej – bo z tym lepiej, gorzej, ale jakoś sobie umiemy radzić. Natomiast jeśli chodzi o opodatkowanie korporacji, to problem nie został ruszony.
PiS coś zrobił? – Wprowadził klauzulę unikania opodatkowania, która została po poprzednim rządzie.
Zadzwonili do pana? – Zadzwonili. Zaproponowali dalszą pracę w Radzie ds. Przeciwdziałania Unikaniu Opodatkowania. Ale po roku zrezygnowałem.
Dlaczego? – Bo wymiana kadr nie jest sposobem na walkę z unikaniem opodatkowania. Dużo niezłych urzędników z Ministerstwa Finansów odeszło do firm doradczych. Tymczasem uszczelnianie systemu trzeba robić czyimiś rękami. Najlepiej ludzi doświadczonych. Nawet najbardziej zdeterminowany minister sam tego nie dokona.
Ekonomista Thomas Piketty pisze tak: „Na poziomie światowym saldo finansowe jest ujemne. Jest to logicznie niemożliwe, o ile nie znajdujemy się w posiadaniu planety Mars”. O co chodzi z tym Marsem? – O to, że pieniądze znikają w czarnej dziurze. Na przykład amerykański bank centralny wpuszcza do obiegu finansowego 100 mld dol., a po roku z tych pieniędzy w obiegu zostaje tylko 80. Reszta znika.
Gdzie? – W rajach. Bardzo łatwo transferować dochody poza jakiekolwiek systemy rejestrujące. Do państw w Afryce, Azji, które są poza systemami monitoringu. I nagle się okazuje, że wielka korporacja nie ma pieniędzy, pracuje pro publico bono.
Ile pieniędzy jest w tych rajach? – Nikt nie wie. Biliony.
Edward Lucas, publicysta „The Economist”, proponuje, żeby zamrozić aktywa w rajach podatkowych, zlicytować je, a zyski przekazać do budżetów państw. Pisze tak: „Szczerze mówiąc, nie spodziewałem się, że przyjdzie mi napaść kiedyś tak ostro na prawo własności, ale jeżeli nie przywołamy do porządku plutokracji, możemy ocknąć się wkrótce w świecie nowego bolszewizmu”. – Mocne. Proszę zwrócić uwagę, że napisał to publicysta bardzo prorynkowej gazety. Brak realnych działań ze strony państw powoduje, że w powietrzu zaczynają fruwać pomysły radykalne. To zrozumiałe. Ludzie, którzy do tej pory myśleli w kategoriach liberalizmu rynkowego, zaczynają mówić: „W biały dzień widać to złodziejstwo, nie można tak dalej”. I społeczeństwa też zaczynają się uskrajniać, jak widzą te skandale.
A pomysł Lucasa, żeby raje podatkowe zlicytować? – Chciałbym, żeby to było możliwe. Ale to nierealne. „Święte prawo własności” itd.
To jak? – Już mówiłem – najbardziej skuteczne byłoby wspólne działanie całej Unii. Jest wielu ludzi, wiele środowisk i wiele państw, którym naprawdę na tym zależy. Cała Europa nie jest jeszcze zainfekowana. Niemcy nie są. Wielka Brytania nie była. Hiszpania walczyła z oszustwami podatkowymi, mimo że dotykały rodziny królewskiej. Kraje skandynawskie – z pewnymi wyjątkami – też zachowują się uczciwie. Wciąż dużo siły jest po tej dobrej stronie.
Rządy będą czuły coraz silniejszy nacisk społeczeństw. Jeszcze parę lat temu, gdy próbowałem z polskimi ekonomistami o problemie rozmawiać, słyszałem: „Holdingi podatków nie płacą? To są jakieś populistyczne opowiastki”. Gdybym nie zajmował się tym jako profesor i nie miał wielu lat doświadczeń zdobytych na Zachodzie, toby tutaj wariata ze mnie zrobili. Dziś klimat przyzwolenia znika, również w Polsce. Obywatele mają dość tego, że holdingi uprawiają jazdę na gapę. Mały i średni biznes też zaczyna rozumieć, że jest ofiarą tych praktyk. Albo klasa polityczna sobie z tym problemem poradzi, albo będzie musiała odejść. Bo puste budżety nie napełnią się same.
CV Dominik Gajewski – prawnik, ekonomista, kierownik Centrum Analiz i Studiów Podatkowych Szkoły Głównej Handlowej. Autor kilku książek na temat unikania opodatkowania przez międzynarodowe koncerny. W marcu tego roku współorganizował w SGH konferencję „Międzynarodowe unikanie opodatkowania a bezpieczeństwo państwa”, której „Wyborcza” była patronem medialnym
submitted by SoleWanderer to Polska [link] [comments]


2016.09.13 11:39 ben13022 Ukraińcy o Polsce: Czysto, piękne domki, trawniki! A urzędnik się uśmiecha. [Reportaż]

Polaków narzekających na swój kraj wysłałabym na Ukrainę. Niech pomieszkają miesiąc, dwa. Wracając, ziemię na granicy będą całowali. Artykuł dostępny tylko dla prenumeratorów cyfrowej Wyborczej W Polsce mieszka już prawie milion Ukraińców. Pracują, studiują, zakładają firmy. Wrażeniami dzielą się na YouTubie. Nikt tak jak Ukraińcy nie zachwyca się naszym krajem.
Ciepła woda w kranie
Artiom Kołokolkin (19 lat) z Dobropola w obwodzie donieckim. Od dwóch lat mieszka w Warszawie. Studiuje handel międzynarodowy. Pracuje jako recepcjonista w szkole tańca.
Pewnego dnia zadzwoniła do mnie koleżanka, która już wcześniej przyjechała do Polski. Opowiadała nieprawdopodobne rzeczy, jak tu jest wspaniale. Że tu jest prawdziwa Europa. Chciałem tę Europę w końcu zobaczyć.
Zanim w październiku 2014 roku zacząłem tu studia, przyjechałem do Gliwic z grupą młodzieży jako "dziecko Doniecka". Spędzaliśmy tu wakacje z dala od wojny. Ledwo minęliśmy autokarem granicę, a ja włączyłem kamerę i zacząłem wszystko nagrywać. Zobaczyłem inny świat. Największe wrażenie zrobiły na mnie drogi. Szerokie, równe, z pomalowanymi na całej długości białymi pasami rozdzielającymi jezdnie. Prawdziwy kosmos. Chyba każdy Ukrainiec, zwłaszcza z małej miejscowości, nie może wyjść z podziwu, że mogą być drogi bez dziur. Wszystko mi się podobało.
Pierwszą rzeczą, którą kupiłem, była walizka na kółkach. U nas są o wiele droższe. Kosztowała 100 zł. Jedną czwartą pensji mojej mamy.
Rewolucyjną zmianą w moim życiu było też, że w kawalerce, którą wynajmuję, zawsze mam ciepłą wodę w kranie. Na Ukrainie mieszkałem w dziewięciopiętrowym bloku. I często nie było nawet zimnej wody. Albo tylko przez kilka godzin. Mama mi ostatnio powiedziała, że się poprawiło. Zimna woda leci teraz przez całą dobę.
Kolejny szok to komunikacja publiczna. Na Ukrainie człowiek nie wie, kiedy i jaki autobus przyjedzie. Kierowcy jeżdżą, jak chcą, często innymi trasami. W Warszawie już się przyzwyczaiłem, że autobusy przyjeżdżają na właściwy przystanek i o czasie. Gdy opowiadam o tym na Ukrainie, ludzie nie wierzą. Śmiać mi się chce, gdy warszawiacy denerwują się trzyminutowym spóźnieniem.
Za rok studiów w Warszawie płacę 1000 euro. Mama wzięła na to pożyczkę, którą spłacamy. Nie mam polskich korzeni, nie mam więc Karty Polaka. Nie mogę liczyć na żadne przywileje finansowe. Ale oceny na egzaminach dostaję tu za wiedzę, a nie za łapówki. A te na Ukrainie, także na uczelniach, są już narodowym zwyczajem. Jakiś czas temu kolega z Kijowa poprosił mnie o równowartość 70 złotych, bo taka jest na jego uczelni stawka za zdany egzamin. W Polsce o niczym takim nie słyszałem.
Dobrego wrażenia nie zepsuły mi nawet dwa incydenty. Raz w Gliwicach pod nasz hotel przyszła grupa młodych ludzi i krzyczała: "Ukraińskie świnie jedźcie na Ukrainę". Drugi raz ktoś pokazał mi środkowy palec na widok ukraińskiej flagi na moim plecaku. To było latem 2014 roku, gdy na wschodzie Ukrainy toczyły się ciężkie walki.
Niedawno byłem w Paryżu. Tamtejsze metro przypomina mi to w Kijowie. Jest brudno. Poza tym we Francji przez cały czas czułem zagrożenie. W głowie miałem te zamachy. W Niemczech też niewesoło, bo wciąż napływają uchodźcy. I tak myślę: w Wielkiej Brytanii funt leci na łeb na szyję, na Ukrainie znów może wybuchnąć wojna, a w Polsce spokój.
Co mi się bardziej podoba na Ukrainie? Dziewczyny. Na ulicy bez problemu odróżnię Ukrainkę od Polki. Ukrainka, wychodząc choćby na pięć minut do sklepu, musi się dwie godziny przygotowywać przed lustrem. Nie chcę powiedzieć, że Polki o siebie nie dbają, ale nie malują się tak jak Ukrainki. Są bardziej praktyczne.
Wiem, że nigdy nie należy mówić nigdy, ale nie wrócę już na Ukrainę. Tam nie ma dla mnie przyszłości. W Polsce mam prawo stałego pobytu. Sprowadziłem do Warszawy mamę. Chcemy tu zostać. Ale na swoim vlogu ostrzegam innych Ukraińców: nikt tu na dzień dobry nie zostaje dyrektorem. Trzeba się bardzo starać, pracować. No i uczyć polskiego.
W końcu jesteśmy Skrzyccy
Krystyna (37 lat) i Władimir (36 lat) Skritscy z Kijowa. Ona jest prawnikiem, on skończył technikum. W Polsce od półtora roku. W Krakowie prowadzą agencję nieruchomości
Krystyna: - Jechałam z synkiem autobusem. O dziwo, był bardzo zatłoczony. Aby ludzie nie zgnietli dwuletniego wtedy Nikosa, zwyczajem ukraińskim rozstawiłam ramiona i tak tkwiliśmy między pasażerami a drzwiami. Czekałam, na którym przystanku ludzie zaczną na mnie krzyczeć, że drzwi zastawiam. A tu nic. Gdy autobus się zatrzymywał, ludzie mnie przepraszali, ja się odsuwałam i tak za każdym razem. Nikt nawet nie fuknął, nie rzucił złego spojrzenia. W kijowskim autobusie zostałabym obsobaczona na czym świat stoi. Nikt by się nie przejął, że jedzie matka z małym dzieckiem.
Władimir: - Ukraińcy nie mieli czasu nauczyć się codziennej kultury. Życzliwości. U nas najpierw byli pańszczyźniani chłopi, niemal niewolnicy, a później komunizm. Nie było od kogo nauczyć się szacunku dla innych.
Krystyna: - Na Ukrainie pracowałam w firmie leasingowej. Ściągałam zaległości. Wowa pracował w firmie handlowej. Nasz poziom życia nie był zły. Razem zarabialiśmy ok. 1500 dolarów. Ale wokół widzieliśmy rozkład państwa, wszechobecną korupcję, w tym na szczytach władzy. Na Ukrainie nie ma miejsca dla ludzi, którzy chcieliby przestrzegać prawa. I ta pogarda każdego, kto ma nad drugim człowiekiem choćby minimalną władzę. Przerażające.
Władimir: - W Krakowie we wniosku o meldunek narobiłem masę błędów. Urzędniczka powiedziała, że nie ma problemu, i pomogła je poprawić. Na Ukrainie zmieszałaby mnie z błotem na oczach innych. No i oczywiście za wydanie niemal każdej decyzji wszyscy tam biorą w łapę. Bez prezentu niczego się nie załatwi. W Krakowie w żadnym urzędzie nikt ode mnie niczego chciał.
Krystyna: - I ten spokój... Na poczcie, w urzędzie ludzie czekają cierpliwie na numerek. Do okienka podchodzi jedna osoba. Na pocztach pracują bardzo miłe panie. Są wyrozumiałe i chcą pomóc. Nie raz zadawałam im mnóstwo pytań. W Kijowie urzędów z numerkami jest tylko kilka. W innych wszyscy tłoczą się przy okienkach i komentują, co kto załatwia i czemu tak długo. I po co w ogóle zawraca głowę. A urzędnicy warczą. Petent to intruz, który przeszkadza pić kawę albo jeść obiad.
Władimir: - Dla mnie wszystko tu jest inne, lepsze. Zwłaszcza ludzie. Polacy nawet inaczej się ubierają niż Ukraińcy. Bardziej kolorowo. Na Ukrainie, zwłaszcza zimą, wszyscy chodzą ubrani na czarno. Jak klony.
Krystyna: - Przylecieliśmy do Polski 31 grudnia 2014 roku. Na lotnisku w Katowicach powitali nas pogranicznicy. Panowie okazali się bardzo zasadniczy w wypełnianiu obowiązków. Zaprowadzili Wowę do oddzielnego pokoju i przez ponad godzinę sprawdzali nasze papiery.
Władimir: - Mieliśmy ze sobą wszystkie pieniądze za sprzedane mieszkanie. Nie wiem, czy to wzbudziło podejrzenia strażników, ale powiedzieli, że nas nie wpuszczą. Zacząłem na nich krzyczeć. Wrzeszczałem, że przyleciałem do Polski pracować, płacić podatki, wychowywać dzieci. Że przecież mamy pieniądze na życie, że nie będziemy wykorzystywać polskiego podatnika. Jako ostatniego argumentu użyłem polskich przodków. Wykrzyczałem im, że mój pradziadek był Skrzycki. Że mam po nim nazwisko. Może to zrobiło na nich wrażenie, bo nas wpuścili.
Krystyna: - Ja też mam polskich przodków. Z domu jestem Koreniewska. I imię mi rodzice dali zupełnie nieukraińskie. Nie mamy pretensji do tych strażników. Wykonywali swoje obowiązki. Ale nie krzyczeli, nie pokazywali swojej władzy, nie dali do zrozumienia, że nasza przyszłość zależy od ich humoru. A tak zachowują się ukraińscy policjanci czy strażnicy. Każdy, kto ma jakąś władzę nad drugim człowiekiem.
Minusy życia w Polsce? Zanieczyszczone powietrze w Krakowie.
Władimir: - Na razie wynajmujemy mieszkanie, ale będziemy chcieli kupić własne. Córka od września pójdzie do pierwszej klasy. Po polsku mówi lepiej niż ja. Mamy dwie firmy. Jedna to agencja nieruchomości. Druga to pomoc prawna. Pomagamy Ukraińcom, Białorusinom i Rosjanom, którzy chcą w Polsce wynająć lub kupić mieszkanie. Na naszym vlogu za darmo udzielamy konsultacji.
Krystyna: - Chcielibyśmy mieć polskie obywatelstwo i szybko się zintegrować z Polakami. W końcu jesteśmy Skrzyccy.
Proszę pani, proszę pana
Luda (40 lat) i Walerij (40 lat) Migaczowowie z Czernichowa. Od czterech miesięcy mieszkają we Wrocławiu. Ona pracuje w zakładzie produkującym wafle, on w firmie transportowej
Luda: - Wynajmujemy dwa pokoje na Krzykach. Ładne, umeblowane, za 1800 złotych. Dobrze się mieszka, ale nie mamy kontaktów z sąsiadami. To prawie sami emeryci. Mówimy sobie dzień dobry i tyle.
Walerij: - Ale nigdy nikt nam nic złego nie powiedział. A przecież słyszą, że nie mówimy po polsku.
Luda: - Na Ukrainie jest przekonanie, że w Polsce nie lubią Ukraińców. Na naszym vlogu odpowiadamy: nam tu bardzo dobrze i nie ma się czego obawiać.
Walerij: - Naszego jedenastoletniego Aleksieja sprowadziliśmy na początku lipca. Był tydzień na półkoloniach i ma już polskich kolegów. Za pół roku będzie mówił po polsku bez akcentu. Na Ukrainie została jeszcze 21-letnia córka i 19-letni syn, który jest kontraktowym żołnierzem.
Luda: - Jest na wojnie. Dowodzi czołgiem. Zostało mu pół roku służby. Jak tylko skończy kontrakt, chce dołączyć do nas. Córka też.
Walerij: - Na Ukrainie miałem kilka biznesów, na przykład produkowałem meble biurowe, cały czas mam jeszcze saunę, którą teraz prowadzi ktoś inny. W Polsce pracuję jako kierowca w firmie transportowej. Wożę ludzi.
Luda: - Ja miałam sześć sklepów na bazarach. Wszystko szło dobrze do 2014 roku, do wybuchu wojny. Na Ukrainie wszystko przelicza się na dolary. Wtedy zaczął rosnąć kurs, więc ludziom coraz mniej zostawało pieniędzy. Nasze interesy przestały się opłacać.
Walerij: - W listopadzie powiedzieliśmy "dość". Luda zlikwidowała sklepy, a ja zakład meblowy. Żeby mieć pieniądze na podróż, wynajem mieszkania i pierwsze tygodnie w Polsce, sprzedaliśmy samochód.
Luda: - Nie myślimy o wyjeździe do innego kraju. Mamy podobną mentalność, podobne języki. Zawsze możemy wsiąść w samochód i pojechać te tysiąc kilometrów do Czernichowa.
Walerij: - Byłem w Stanach, Kanadzie, Niemczech, Holandii, Francji. Wszędzie pięknie. Ale co z tego, skoro ludzie inni. Niemców nie lubię.
Luda: - Nigdy wcześniej nie byłam za granicą. Przyjechałam do Polski i wpadłam w zachwyt. Ludzie jak u nas, ale jednak Europa. Przede wszystkim te wasze drogi. U nas takie dziury, że samochodom urywa koła. Dosłownie.
Walerij: - Na Ukrainie od niedawna jest policja, nie milicja. Ale łapówki jak brali, tak biorą. Policji wszyscy się boją, bo mogą zrobić z człowiekiem, co chcą. Nikt nie podejdzie do policjanta z własnej woli. A ja w Polsce robiłem synowi zdjęcia w czapce policjanta. Poprosiłem i on zdjął tę czapkę, posadził syna w radiowozie. Na Ukrainie do głowy by mi to nie przyszło.
Luda: - W polskim sklepie asortyment bez porównania większy. Jogurtów macie przeróżne rodzaje. Taniej. I ta obsługa w sklepach. Tu się nie krzyczy. Nie pogania przy ladzie: "Bystriej, bystriej!", jak się zagapisz. Wszyscy stoją grzecznie. I jest to polskie "proszę", "dziękuję", "proszę pani, proszę pana". Kultura. A polskie domy takije krasiwyje. Zadbane. Te trawniki, kwiaty, krzewy. Nawet na dalekiej wsi. U nas takie są u bogaczy. A tu normalni ludzie tak mieszkają. Dlatego wielu Ukraińców wszystko nagrywa i później pokazuje na swoich kanałach na YouTubie.
Walerij: - Na Ukrainie jak ktoś ma coś ładnego wokół domu, to postawi wysoki na parę metrów betonowy mur, że nawet się tego nie zobaczy. Ale największe różnice widać na wsi. Polska wieś żyje. Ludzie pracują, dbają o gospodarstwa. Na Ukrainie kołchozów już nie ma, ziemia jest w rękach prywatnych, ale wieś ukraińska pracuje w mieście. Jak ktoś ma gospodarstwo, to tylko nasadzi kartofli, żeby mieć co jeść.
Polacy nie mają takich problemów jak my. Zarobi i myśli o kupnie nowego sprzętu do domu, o grillu, piwie albo urlopie. Odpoczywa po pracy. Ukrainiec cały czas drży, jak przetrwać następny dzień.
Luda: - Jeszcze dwóch rzeczy zazdrościmy Polakom. Tu starszym ludziom ustępuje się miejsca w autobusach. Sama widziałam. Na Ukrainie nikt się nie ruszy. I w Polsce, gdy jedzie karetka, wszyscy kierowcy robią przejazd. Na Ukrainie karetki muszę się przedzierać, a jak im się nie uda, to stoją.
Walerij: - Ilu naszych znajomych chce przyjechać do Polski? Wszyscy. Dosłownie. Nasz vlog Polsza dla tiebia, czyli Polska dla ciebie, prowadzimy, by innym ułatwić przyjazd do Polski. Żeby nie tracili pieniędzy na pośredników. Jesteśmy tu kilka miesięcy, a już pomogliśmy przyjechać ośmiu znajomym.
Co jest dobrego na Ukrainie? Ludzie. Ukraińcy to pracowity i dobry naród. Tylko strasznie upodlony.
Luda: - Co nam się w Polsce nie podoba? W święta prawie wszystko jest zamknięte. U nas nie ma takiego święta, żeby pozamykali sklepy.
Chcielibyśmy tu założyć jakiś swój biznes. Sprzedamy dom na Ukrainie i kupimy tu, w Polsce. Aleksiej, chodząc po Wrocławiu, pokazuje ukwiecone balkony i mówi: Mama, taki kiedyś będziemy mieć w naszym domu. Ukraińcy o Polsce: Czysto, piękne domki, trawniki! A urzędnik się uśmiecha Wyborcza.pl · by Jacek Różalski · January 9, 2016 Wyborcza.pl Duży Format REKLAMA
Jelena Sudina z Awdijewki pod Donieckiem: - Byłam w Berlinie i mi się nie podobało. Jakiś inny, obcy dla mnie klimat. Czułam się nieswojo. A w Warszawie jak w domu (Fot. Albert Zawada/ Agencja Gazeta)
Zobacz zdjęcia (3) Polaków narzekających na swój kraj wysłałabym na Ukrainę. Niech pomieszkają miesiąc, dwa. Wracając, ziemię na granicy będą całowali. Artykuł dostępny tylko dla prenumeratorów cyfrowej Wyborczej W Polsce mieszka już prawie milion Ukraińców. Pracują, studiują, zakładają firmy. Wrażeniami dzielą się na YouTubie. Nikt tak jak Ukraińcy nie zachwyca się naszym krajem.
Ciepła woda w kranie
Artiom Kołokolkin (19 lat) z Dobropola w obwodzie donieckim. Od dwóch lat mieszka w Warszawie. Studiuje handel międzynarodowy. Pracuje jako recepcjonista w szkole tańca.
Pewnego dnia zadzwoniła do mnie koleżanka, która już wcześniej przyjechała do Polski. Opowiadała nieprawdopodobne rzeczy, jak tu jest wspaniale. Że tu jest prawdziwa Europa. Chciałem tę Europę w końcu zobaczyć.
Zanim w październiku 2014 roku zacząłem tu studia, przyjechałem do Gliwic z grupą młodzieży jako "dziecko Doniecka". Spędzaliśmy tu wakacje z dala od wojny. Ledwo minęliśmy autokarem granicę, a ja włączyłem kamerę i zacząłem wszystko nagrywać. Zobaczyłem inny świat. Największe wrażenie zrobiły na mnie drogi. Szerokie, równe, z pomalowanymi na całej długości białymi pasami rozdzielającymi jezdnie. Prawdziwy kosmos. Chyba każdy Ukrainiec, zwłaszcza z małej miejscowości, nie może wyjść z podziwu, że mogą być drogi bez dziur. Wszystko mi się podobało.
Pierwszą rzeczą, którą kupiłem, była walizka na kółkach. U nas są o wiele droższe. Kosztowała 100 zł. Jedną czwartą pensji mojej mamy.
Rewolucyjną zmianą w moim życiu było też, że w kawalerce, którą wynajmuję, zawsze mam ciepłą wodę w kranie. Na Ukrainie mieszkałem w dziewięciopiętrowym bloku. I często nie było nawet zimnej wody. Albo tylko przez kilka godzin. Mama mi ostatnio powiedziała, że się poprawiło. Zimna woda leci teraz przez całą dobę.
Kolejny szok to komunikacja publiczna. Na Ukrainie człowiek nie wie, kiedy i jaki autobus przyjedzie. Kierowcy jeżdżą, jak chcą, często innymi trasami. W Warszawie już się przyzwyczaiłem, że autobusy przyjeżdżają na właściwy przystanek i o czasie. Gdy opowiadam o tym na Ukrainie, ludzie nie wierzą. Śmiać mi się chce, gdy warszawiacy denerwują się trzyminutowym spóźnieniem.
Za rok studiów w Warszawie płacę 1000 euro. Mama wzięła na to pożyczkę, którą spłacamy. Nie mam polskich korzeni, nie mam więc Karty Polaka. Nie mogę liczyć na żadne przywileje finansowe. Ale oceny na egzaminach dostaję tu za wiedzę, a nie za łapówki. A te na Ukrainie, także na uczelniach, są już narodowym zwyczajem. Jakiś czas temu kolega z Kijowa poprosił mnie o równowartość 70 złotych, bo taka jest na jego uczelni stawka za zdany egzamin. W Polsce o niczym takim nie słyszałem.
Dobrego wrażenia nie zepsuły mi nawet dwa incydenty. Raz w Gliwicach pod nasz hotel przyszła grupa młodych ludzi i krzyczała: "Ukraińskie świnie jedźcie na Ukrainę". Drugi raz ktoś pokazał mi środkowy palec na widok ukraińskiej flagi na moim plecaku. To było latem 2014 roku, gdy na wschodzie Ukrainy toczyły się ciężkie walki.
Niedawno byłem w Paryżu. Tamtejsze metro przypomina mi to w Kijowie. Jest brudno. Poza tym we Francji przez cały czas czułem zagrożenie. W głowie miałem te zamachy. W Niemczech też niewesoło, bo wciąż napływają uchodźcy. I tak myślę: w Wielkiej Brytanii funt leci na łeb na szyję, na Ukrainie znów może wybuchnąć wojna, a w Polsce spokój.
Co mi się bardziej podoba na Ukrainie? Dziewczyny. Na ulicy bez problemu odróżnię Ukrainkę od Polki. Ukrainka, wychodząc choćby na pięć minut do sklepu, musi się dwie godziny przygotowywać przed lustrem. Nie chcę powiedzieć, że Polki o siebie nie dbają, ale nie malują się tak jak Ukrainki. Są bardziej praktyczne.
Wiem, że nigdy nie należy mówić nigdy, ale nie wrócę już na Ukrainę. Tam nie ma dla mnie przyszłości. W Polsce mam prawo stałego pobytu. Sprowadziłem do Warszawy mamę. Chcemy tu zostać. Ale na swoim vlogu ostrzegam innych Ukraińców: nikt tu na dzień dobry nie zostaje dyrektorem. Trzeba się bardzo starać, pracować. No i uczyć polskiego.
W końcu jesteśmy Skrzyccy
Krystyna (37 lat) i Władimir (36 lat) Skritscy z Kijowa. Ona jest prawnikiem, on skończył technikum. W Polsce od półtora roku. W Krakowie prowadzą agencję nieruchomości
Krystyna: - Jechałam z synkiem autobusem. O dziwo, był bardzo zatłoczony. Aby ludzie nie zgnietli dwuletniego wtedy Nikosa, zwyczajem ukraińskim rozstawiłam ramiona i tak tkwiliśmy między pasażerami a drzwiami. Czekałam, na którym przystanku ludzie zaczną na mnie krzyczeć, że drzwi zastawiam. A tu nic. Gdy autobus się zatrzymywał, ludzie mnie przepraszali, ja się odsuwałam i tak za każdym razem. Nikt nawet nie fuknął, nie rzucił złego spojrzenia. W kijowskim autobusie zostałabym obsobaczona na czym świat stoi. Nikt by się nie przejął, że jedzie matka z małym dzieckiem.
Władimir: - Ukraińcy nie mieli czasu nauczyć się codziennej kultury. Życzliwości. U nas najpierw byli pańszczyźniani chłopi, niemal niewolnicy, a później komunizm. Nie było od kogo nauczyć się szacunku dla innych.
Krystyna: - Na Ukrainie pracowałam w firmie leasingowej. Ściągałam zaległości. Wowa pracował w firmie handlowej. Nasz poziom życia nie był zły. Razem zarabialiśmy ok. 1500 dolarów. Ale wokół widzieliśmy rozkład państwa, wszechobecną korupcję, w tym na szczytach władzy. Na Ukrainie nie ma miejsca dla ludzi, którzy chcieliby przestrzegać prawa. I ta pogarda każdego, kto ma nad drugim człowiekiem choćby minimalną władzę. Przerażające.
Władimir: - W Krakowie we wniosku o meldunek narobiłem masę błędów. Urzędniczka powiedziała, że nie ma problemu, i pomogła je poprawić. Na Ukrainie zmieszałaby mnie z błotem na oczach innych. No i oczywiście za wydanie niemal każdej decyzji wszyscy tam biorą w łapę. Bez prezentu niczego się nie załatwi. W Krakowie w żadnym urzędzie nikt ode mnie niczego chciał.
Krystyna: - I ten spokój... Na poczcie, w urzędzie ludzie czekają cierpliwie na numerek. Do okienka podchodzi jedna osoba. Na pocztach pracują bardzo miłe panie. Są wyrozumiałe i chcą pomóc. Nie raz zadawałam im mnóstwo pytań. W Kijowie urzędów z numerkami jest tylko kilka. W innych wszyscy tłoczą się przy okienkach i komentują, co kto załatwia i czemu tak długo. I po co w ogóle zawraca głowę. A urzędnicy warczą. Petent to intruz, który przeszkadza pić kawę albo jeść obiad.
Władimir: - Dla mnie wszystko tu jest inne, lepsze. Zwłaszcza ludzie. Polacy nawet inaczej się ubierają niż Ukraińcy. Bardziej kolorowo. Na Ukrainie, zwłaszcza zimą, wszyscy chodzą ubrani na czarno. Jak klony.
Krystyna: - Przylecieliśmy do Polski 31 grudnia 2014 roku. Na lotnisku w Katowicach powitali nas pogranicznicy. Panowie okazali się bardzo zasadniczy w wypełnianiu obowiązków. Zaprowadzili Wowę do oddzielnego pokoju i przez ponad godzinę sprawdzali nasze papiery.
Władimir: - Mieliśmy ze sobą wszystkie pieniądze za sprzedane mieszkanie. Nie wiem, czy to wzbudziło podejrzenia strażników, ale powiedzieli, że nas nie wpuszczą. Zacząłem na nich krzyczeć. Wrzeszczałem, że przyleciałem do Polski pracować, płacić podatki, wychowywać dzieci. Że przecież mamy pieniądze na życie, że nie będziemy wykorzystywać polskiego podatnika. Jako ostatniego argumentu użyłem polskich przodków. Wykrzyczałem im, że mój pradziadek był Skrzycki. Że mam po nim nazwisko. Może to zrobiło na nich wrażenie, bo nas wpuścili.
Krystyna: - Ja też mam polskich przodków. Z domu jestem Koreniewska. I imię mi rodzice dali zupełnie nieukraińskie. Nie mamy pretensji do tych strażników. Wykonywali swoje obowiązki. Ale nie krzyczeli, nie pokazywali swojej władzy, nie dali do zrozumienia, że nasza przyszłość zależy od ich humoru. A tak zachowują się ukraińscy policjanci czy strażnicy. Każdy, kto ma jakąś władzę nad drugim człowiekiem.
Minusy życia w Polsce? Zanieczyszczone powietrze w Krakowie.
Władimir: - Na razie wynajmujemy mieszkanie, ale będziemy chcieli kupić własne. Córka od września pójdzie do pierwszej klasy. Po polsku mówi lepiej niż ja. Mamy dwie firmy. Jedna to agencja nieruchomości. Druga to pomoc prawna. Pomagamy Ukraińcom, Białorusinom i Rosjanom, którzy chcą w Polsce wynająć lub kupić mieszkanie. Na naszym vlogu za darmo udzielamy konsultacji.
Krystyna: - Chcielibyśmy mieć polskie obywatelstwo i szybko się zintegrować z Polakami. W końcu jesteśmy Skrzyccy.
Proszę pani, proszę pana
Luda (40 lat) i Walerij (40 lat) Migaczowowie z Czernichowa. Od czterech miesięcy mieszkają we Wrocławiu. Ona pracuje w zakładzie produkującym wafle, on w firmie transportowej
Luda: - Wynajmujemy dwa pokoje na Krzykach. Ładne, umeblowane, za 1800 złotych. Dobrze się mieszka, ale nie mamy kontaktów z sąsiadami. To prawie sami emeryci. Mówimy sobie dzień dobry i tyle.
Walerij: - Ale nigdy nikt nam nic złego nie powiedział. A przecież słyszą, że nie mówimy po polsku.
Luda: - Na Ukrainie jest przekonanie, że w Polsce nie lubią Ukraińców. Na naszym vlogu odpowiadamy: nam tu bardzo dobrze i nie ma się czego obawiać.
Walerij: - Naszego jedenastoletniego Aleksieja sprowadziliśmy na początku lipca. Był tydzień na półkoloniach i ma już polskich kolegów. Za pół roku będzie mówił po polsku bez akcentu. Na Ukrainie została jeszcze 21-letnia córka i 19-letni syn, który jest kontraktowym żołnierzem.
Luda: - Jest na wojnie. Dowodzi czołgiem. Zostało mu pół roku służby. Jak tylko skończy kontrakt, chce dołączyć do nas. Córka też.
Walerij: - Na Ukrainie miałem kilka biznesów, na przykład produkowałem meble biurowe, cały czas mam jeszcze saunę, którą teraz prowadzi ktoś inny. W Polsce pracuję jako kierowca w firmie transportowej. Wożę ludzi.
Luda: - Ja miałam sześć sklepów na bazarach. Wszystko szło dobrze do 2014 roku, do wybuchu wojny. Na Ukrainie wszystko przelicza się na dolary. Wtedy zaczął rosnąć kurs, więc ludziom coraz mniej zostawało pieniędzy. Nasze interesy przestały się opłacać.
Walerij: - W listopadzie powiedzieliśmy "dość". Luda zlikwidowała sklepy, a ja zakład meblowy. Żeby mieć pieniądze na podróż, wynajem mieszkania i pierwsze tygodnie w Polsce, sprzedaliśmy samochód.
Luda: - Nie myślimy o wyjeździe do innego kraju. Mamy podobną mentalność, podobne języki. Zawsze możemy wsiąść w samochód i pojechać te tysiąc kilometrów do Czernichowa.
Walerij: - Byłem w Stanach, Kanadzie, Niemczech, Holandii, Francji. Wszędzie pięknie. Ale co z tego, skoro ludzie inni. Niemców nie lubię.
Luda: - Nigdy wcześniej nie byłam za granicą. Przyjechałam do Polski i wpadłam w zachwyt. Ludzie jak u nas, ale jednak Europa. Przede wszystkim te wasze drogi. U nas takie dziury, że samochodom urywa koła. Dosłownie.
Walerij: - Na Ukrainie od niedawna jest policja, nie milicja. Ale łapówki jak brali, tak biorą. Policji wszyscy się boją, bo mogą zrobić z człowiekiem, co chcą. Nikt nie podejdzie do policjanta z własnej woli. A ja w Polsce robiłem synowi zdjęcia w czapce policjanta. Poprosiłem i on zdjął tę czapkę, posadził syna w radiowozie. Na Ukrainie do głowy by mi to nie przyszło.
Luda: - W polskim sklepie asortyment bez porównania większy. Jogurtów macie przeróżne rodzaje. Taniej. I ta obsługa w sklepach. Tu się nie krzyczy. Nie pogania przy ladzie: "Bystriej, bystriej!", jak się zagapisz. Wszyscy stoją grzecznie. I jest to polskie "proszę", "dziękuję", "proszę pani, proszę pana". Kultura. A polskie domy takije krasiwyje. Zadbane. Te trawniki, kwiaty, krzewy. Nawet na dalekiej wsi. U nas takie są u bogaczy. A tu normalni ludzie tak mieszkają. Dlatego wielu Ukraińców wszystko nagrywa i później pokazuje na swoich kanałach na YouTubie.
Walerij: - Na Ukrainie jak ktoś ma coś ładnego wokół domu, to postawi wysoki na parę metrów betonowy mur, że nawet się tego nie zobaczy. Ale największe różnice widać na wsi. Polska wieś żyje. Ludzie pracują, dbają o gospodarstwa. Na Ukrainie kołchozów już nie ma, ziemia jest w rękach prywatnych, ale wieś ukraińska pracuje w mieście. Jak ktoś ma gospodarstwo, to tylko nasadzi kartofli, żeby mieć co jeść.
Polacy nie mają takich problemów jak my. Zarobi i myśli o kupnie nowego sprzętu do domu, o grillu, piwie albo urlopie. Odpoczywa po pracy. Ukrainiec cały czas drży, jak przetrwać następny dzień.
Luda: - Jeszcze dwóch rzeczy zazdrościmy Polakom. Tu starszym ludziom ustępuje się miejsca w autobusach. Sama widziałam. Na Ukrainie nikt się nie ruszy. I w Polsce, gdy jedzie karetka, wszyscy kierowcy robią przejazd. Na Ukrainie karetki muszę się przedzierać, a jak im się nie uda, to stoją.
Walerij: - Ilu naszych znajomych chce przyjechać do Polski? Wszyscy. Dosłownie. Nasz vlog Polsza dla tiebia, czyli Polska dla ciebie, prowadzimy, by innym ułatwić przyjazd do Polski. Żeby nie tracili pieniędzy na pośredników. Jesteśmy tu kilka miesięcy, a już pomogliśmy przyjechać ośmiu znajomym.
Co jest dobrego na Ukrainie? Ludzie. Ukraińcy to pracowity i dobry naród. Tylko strasznie upodlony.
Luda: - Co nam się w Polsce nie podoba? W święta prawie wszystko jest zamknięte. U nas nie ma takiego święta, żeby pozamykali sklepy.
Chcielibyśmy tu założyć jakiś swój biznes. Sprzedamy dom na Ukrainie i kupimy tu, w Polsce. Aleksiej, chodząc po Wrocławiu, pokazuje ukwiecone balkony i mówi: Mama, taki kiedyś będziemy mieć w naszym domu.
O nic się nie martwię
Jelena Sudina (38 lat) z Awdijewki pod Donieckiem. Instruktorka fitnessu. W Warszawie mieszka od dwóch lat
Jestem rosyjskojęzyczną Ukrainką. Jak większość na wschodzie Ukrainy. Ale nie mam nic wspólnego z separatystami, przez których musiałam opuścić dom. Trafiła w niego bomba. Na szczęście nikomu nic się nie stało. W maju 2014 roku uciekłam z 12-letnim synem. Żeby mieć pieniądze na wyjazd, sprzedałam samochód.
Przez 15 lat byłam nauczycielką informatyki. Miałam też studio fotograficzne i sklep internetowy: sprzedawałam pościel i zabawki. Rano - szkoła, a popołudniami i wieczorami - biznes. Z pensji nauczycielki ledwo starcza na opłacenie czynszu i rachunków. Każdy nauczyciel musi dorabiać, inaczej nie miałby na jedzenie.
Donieck to duże, prężne i bogate miasto, ale w porównaniu z Warszawą to inna planeta. Trolejbusy są stare, strasznie zapchane, a kierowcy to niesamowite chamy, krzyczą na pasażerów. Tu podziwiam transport miejski: niskopodłogowe autobusy i tramwaje. U nas inwalidami nikt się nie przejmuje, więc wielu życie spędza w domach. Wrażenie zrobiły na mnie elektroniczne wyświetlacze i zapowiedzi kolejnych przystanków. W Warszawie jadę sobie po równych ulicach. Rozglądam się. Obserwuję ludzi na chodnikach albo sklepy. I o nic się nie martwię. Wreszcie czuję spokój.
To nie spodoba się niektórym Ukraińcom, ale mentalnie bardziej pasuję do Polski. Żałuję, że nie mam polskich korzeni. Nie chodzi przy tym o Kartę Polaka i związane z nią przywileje. Polacy mają cechy, których brakuje Ukraińcom. Tu ludzie sobie pomagają. Jak ktoś pyta o drogę, to życzliwie tłumaczą. Na Ukrainie ludzie nie są życzliwi.
Byłam w Berlinie i mi się nie podobało. Jakiś inny, obcy dla mnie klimat. Czułam się nieswojo. A w Warszawie jak w domu. Wciąż jestem jak turystka, która nie może przestać się zachwycać. Choć po dwóch latach dostrzegam, że są korki i że nie wszystkie domy są wyremontowane.
Tęsknię za Donieckiem, ale wiem, że nigdy tam nie wrócę. Tu ludzie mają możliwości rozwoju, spokojnego życia. Na Ukrainie takich perspektyw nie ma.
Jestem szczęśliwa, że mój syn będzie dorastał w Polsce. W gimnazjum na Bemowie został bardzo dobrze przyjęty przez kolegów. Zaopiekowali się nim. Jemu tak spodobało się w szkole, że żałował, że nie ma lekcji w weekendy. Proszę sobie wyobrazić, że Borys zdobył w gimnazjum drugie miejsce w konkursie wiedzy o Warszawie.
Podobnie jak ja jest zafascynowany tańcem. Często jeździmy na zawody. Niedawno zajął ósme miejsce na Grand Prix Polski. Ja szkolę instruktorów tańca. A niedawno założyłam także studio filmowe. Nakręciliśmy już jeden film edukacyjny. Teraz zdobyłam grant na nagranie filmu o imigrantach w Polsce. Nie tylko o Ukraińcach.
Czy spotkało mnie coś przykrego? Osobiście nie. Ale nie raz widzieliśmy napisy "Polska tylko dla Polaków". Teraz dzieje się wszędzie tyle dziwnych rzeczy, że kazałam Borysowi w autobusach mówić tylko po polsku. Nawet gdy rozmawia ze mną przez telefon. Tak dla bezpieczeństwa.
Moje plany? Kiedyś kupię sobie domek pod Warszawą i spędzę w nim spokojnie resztę życia.
Urzędnik się uśmiecha
Anastazja Kwadrowicz (29 lat) i Andrzej Mołodecki (24 lata), rodzeństwo z Żytomierza. Ona zajmuje się obsługą klientów w firmie kanadyjskiej, on szuka pracy. Od trzech lat w Warszawie
Andrzej: - Granicę przekroczyliśmy w nocy, więc niewiele widzieliśmy po drodze. Ja pierwszy raz wyjeżdżałem z Ukrainy, więc bardzo mnie ciekawiło, jak to będzie.
Anastazja: - Przyjechaliśmy 21 lipca 2013 roku. Mówiliśmy już nieźle po polsku dzięki naszej nauczycielce, która pochodzi z Warszawy. Pani Helena opowiadała, że w Polsce nie ma bezdomnych psów. A my pod dworcem od razu zobaczyliśmy dużego, ewidentnie bezdomnego psa. Zrobiliśmy zdziwione miny. No i sam Dworzec Zachodni też nie prezentował się wtedy dobrze. To była trochę taka Ukraina. Szaro, trochę brudno. Teraz wygląda to o wiele lepiej. No i rzeczywiście w Warszawie bezdomne zwierzęta to pojedyncze przypadki. A po Ukrainie biegają całe watahy wielkich bezdomnych psów. I kotów.
Andrzej: - Pierwszego dnia poszliśmy oglądać miasto. Marszałkowska, Stare Miasto, Trakt Królewski. Dopiero tam krzyknęliśmy "Wow!". To była naprawdę Europa. Czysto, na chodnikach kwiaty i drzewa w donicach.
Anastazja: - Ogródki kawiarniane. Czegoś takiego na Ukrainie nie widzieliśmy.
Andrzej: - Zachwytów starczyło nam do Łazienek. Tam poczuliśmy takie zmęczenie, żeśmy spali na ławce. Na zmiany. Na drugi dzień znaleźliśmy mieszkanie.
Anastazja: - Tata był Ukraińcem. Polakami byli nasi dziadkowie i pradziadkowie ze strony matki. Dostaliśmy Karty Polaka.
Andrzej: - Ja, mając 16 lat, przyjąłem nazwisko matki: Mołodecki. Na Ukrainie w momencie wystąpienia o paszport można zmienić nazwisko. Wiele osób tak robi. Ja chciałem podkreślić moje polskie korzenie.
Anastazja: - Od dziecka byliśmy wychowywani przez matkę, żeby nie kłamać, nie brać i nie dawać łapówek, uczciwie zarabiać na życie. Ale na Ukrainie ludzie z takimi zasadami nie przeżyją. Pojechałam do Kijowa na studia. Myślałam: założę firmę, będę płaciła podatki i godnie żyła. Nic z tego. Nie dałam rady. Nie chciałam dawać łapówek urzędnikom.
Andrzej: - Studiowałem architekturę krajobrazu. Można bardzo dobrze wykuć się do egzaminu, ale i tak trzeba pokazać egzaminatorowi, że się na przykład kupiło jakąś jego książkę, bo on z tego ma pieniądze. Żeby dostać dyplom z dobrymi ocenami, nie wystarczy zdać bardzo dobrze wszystkie egzaminy, trzeba dać za to kasę. Także na uczelniach państwowych.
Anastazja: - W Polsce tyle razy załatwialiśmy sprawy w urzędach i nigdy nikt nie zasugerował, że chce od nas łapówkę.
Andrzej: - I wszyscy są tacy grzeczni. Pamiętam jak dziś rejestrację samochodu w Warszawie. Czekaliśmy w poczekalni na swoją kolej, a do środka co chwila ktoś wchodził. I każdy mówił "dzień dobry". Byliśmy w szoku. "Ale jak to? To tu się tak ludzie zachowują?".
Andrzej: - Teraz, jeżdżąc na Ukrainę, sami wszędzie mówimy "dzień dobry".
Anastazja: - Ludzie patrzą na nas jak na nienormalnych.
Anastazja: - Gdy słyszę narzekania Polaków na urzędy albo w ogóle na swój kraj, mam ochotę ich wysłać na Ukrainę. Niechby pomieszkali miesiąc, dwa za ukraińską pensję lub emeryturę. Wracaliby szybko do Polski i na granicy całowali ziemię. Polacy narzekają na kraj, ale starają się go ulepszać. Ukraińcy narzekają i nic nie robią, by żyło im się lepiej. Śnią o Europie i czekają, aż ktoś przyjedzie i im tę bogatą Europę przyniesie.
Andrzej: - Już się tak przyzwyczaiłem do wygodnego, bezpiecznego życia w Polsce, że czasami zaczyna mnie ono nudzić. Ale wystarczy pięć dni na Ukrainie i chcę wracać do Warszawy. I znów się zachwycam Polską.
Reportaż Jacka Różalskiego
źródło: http://wyborcza.pl/duzyformat/1,127290,20624368,ukraincy-o-polsce-czysto-piekne-domki-trawniki-a-urzednik.html
submitted by ben13022 to Polska [link] [comments]


2016.05.15 22:56 ben13022 Stan gry, czyli kim są interesariusze. (negocjacje TTIP)

Znajdziemy się w świecie, którym straszyły w latach 80. cyberpunkowe thrillery. Pięknym słowem współczesnej nowomowy jest "interesariusz" - kalka angielskiego pojęcia "stakeholder". Przyszłością internetu ma być na przykład coś, co ma się nazywać "zarządzaniem przez wielu interesariuszy" ("multi-stakeholder governance"), choć nie wiadomo w praktyce, jak to ma wyglądać.
Na razie internetem kieruje jeden interesariusz - ICANN, organizacja formalnie pozarządowa, ale stworzył ją rząd USA, ma siedzibę w USA i ogólnie na każdym kroku instytucja ta reprezentuje interesy amerykańskiego rządu i biznesu.
Z jednej strony to dyskryminacja innych krajów (choćby europejskich). Z drugiej - nawet największych krytyków tego rozwiązania przeraża perspektywa dopuszczenia do ICANN interesariuszy takich jak Chiny, Rosja czy Iran.
Wyciek roboczego projektu nowego traktatu handlowego między USA i Unią, czyli osławionego TTIP, pokazuje pewną ciekawą prawidłowość w definiowaniu pojęcia "interesariusz". Wielokrotnie w tych dokumentach widzimy informację, że jakaś kwestia jest sporna i będzie dalej dyskutowana z "interesariuszami". Kim oni są?
Zanim przejdę do odpowiedzi, proponuję Państwu chwilę refleksji nad tym, kto powinien być uważany za "interesariusza" w kwestiach takich jak ochrona danych internautów albo prawa użytkowników cyfrowych gadżetów. Załóżmy na razie, że mówimy o idealnym świecie - a nie o tym, w którym żyjemy.
Wszyscy się chyba zgodzimy, że w takim idealnym świecie "interesariuszami" są zarówno firmy telekomunikacyjne, jak i ich klienci. Programista pracujący dla korporacji technologicznej tak samo jak jego pracodawca. Mark Zuckerberg tak samo jak użytkownicy Facebooka.
W idealnym świecie prawo rządzące internetem wyszłoby z takich konsultacji wypośrodkowane tak, żeby jedni mogli zarobić, nie robiąc drugim krzywdy. A teraz przejdźmy do prawdziwego świata, w którym prawa rządzące internetem w jednozdaniowym streszczeniu brzmią: "Internauta nie ma żadnych praw, wszystkie należą do korporacji".
Mógłbym uzasadnienie tego zdania rozwinąć do rozmiarów eseju, ba! - mógłbym napisać o tym książkę. W istocie już to nawet zrobiłem. Tutaj apeluję, żeby państwo przyjęli tę tezę wyjątkowo bez uzasadnienia.
Papiery ujawnione przez Greenpeace pokazują, skąd to się wzięło. Okazuje się, że Komisja Europejska za "interesariuszy" uważa prawie wyłącznie przedstawicieli korporacji. Świadczy o tym dokument "Tactical State of Play of the TTIP Negotiations - March 2016" ("Taktyczny stan gry w negocjacjach - marzec 2016"). Podsumowano w nim kwestie, co do których potrzebne będą dalsze konsultacje.
Nie ma tu ani słowa o konsultacjach z reprezentantami społeczeństwa obywatelskiego - organizacjami pozarządowymi czy związkami zawodowymi. Konsultowani będą wyłącznie przedstawiciele korporacji działających w danej branży.
Komisja Europejska broniła się przed zarzutem jednostronnego prowadzenia konsultacji, powołując się na pojedyncze spotkania ze związkami zawodowymi i organizacjami pozarządowymi. Brukselski think tank Corporate Europe Observatory opublikował jednak w 2013 pełną listę spotkań europejskich negocjatorów z interesariuszami - na 130 spotkań co najmniej 119 było z przedstawicielami biznesu. To prawie 92 procent!
Treść rozmów była oczywiście tajna. Lista wygląda mniej więcej tak: "2.02.2012: rozmowa z przedstawicielem Morgan Stanley o regulacjach dotyczących rynku finansowego".
O czym konkretnie mowa na takich spotkaniach, dowiadujemy się więcej z dokumentu "Stan gry". Z przedstawicielami technologicznych korporacji konsultowana jest ochrona danych osobowych, ochrona praw autorskich czy prawo użytkownika urządzenia cyfrowego do modyfikacji jego działania (tzw. freedom to tinker). Nikt o tym nie rozmawia z reprezentantami internautów. To tak jakby właściciel kurnika za jedynego interesariusza uważał lisa - i niczego nie zamierzał konsultować z kurami!
W TTIP prawdopodobnie wróci więc wiele rozwiązań zawartych w skompromitowanej umowie ACTA, jak wzmocnienie korporacyjnej ochrony praw autorskich czy zakaz modyfikowania urządzeń - nie będzie np. wolno wgrywać własnego systemu operacyjnego na cyfrowe gadżety. Znajdziemy się w świecie takiej przyszłości, przed jaką straszyły nas cyberpunkowe thrillery z lat 80.
Nie mam nic przeciwko wolnemu handlowi, ale uważam, że tę umowę należy napisać od nowa. Tym razem z udziałem szerszego grona interesariuszy.
źródło: http://wyborcza.pl/duzyformat/1,152472,20053690,stan-gry-czyli-kim-sa-interesariusze-orlinski.html
submitted by ben13022 to Polska [link] [comments]


Poradnik - SEO strony - SEMSTORM Jak edytować plik PDF Gimnastyka Smyka - YouTube Usuwanie poszczególnych numerów stron - Word 2010 - YouTube Word-18 Usuwanie samotnych liter na końcu wierszy - YouTube Jak połączyć bądź rozdzielić PDFy Screencast - jak podzielić dokument w pdfie Drukowanie kilku plików pdf na raz - YouTube

  1. Poradnik - SEO strony - SEMSTORM
  2. Jak edytować plik PDF
  3. Gimnastyka Smyka - YouTube
  4. Usuwanie poszczególnych numerów stron - Word 2010 - YouTube
  5. Word-18 Usuwanie samotnych liter na końcu wierszy - YouTube
  6. Jak połączyć bądź rozdzielić PDFy
  7. Screencast - jak podzielić dokument w pdfie
  8. Drukowanie kilku plików pdf na raz - YouTube

Poznaj raport SEO strony! Dowiedz się: - Jak sprawdzać strony docelowe? - Na ile słów kluczowych widoczne są pojedyncze artykuły? - Jaka jest widoczność sekcji? Jeśli masz do nas jakieś ... Office Warriors przedstawiają krótki i przydatny screencast - jak podzielić dokument w formacie pdf na pojedyncze strony. Program do drukowania wielu plików. Drukowanie kilku plików pdf na raz, program do drukowania wielu plików - https://www.print-conductor.pl/?utm_medium=refer... Jak podzielić pdf na pojedyncze strony? - Duration: 1:57. eTechnologie - wykorzystaj potencjał Internetu! 8,319 views. 1:57. How to create Data Entry Form in Excel - Ms Office? Film pokazuje, jak usuwać poszczególne numery stron w dokumencie stworzonym w Wordzie 2010. Film należy oglądać w trybie pełnoekranowym. W przeciwnym przypad... Samotnych liter takich jak i, w, a nie da się usunąć automatycznie w Wordzie - nie ma opcji odpowiedzialnej za to na szczęście łatwo da się za takimi literam... Jak podzielić pdf na pojedyncze strony? - Duration: 1:57. eTechnologie - wykorzystaj potencjał Internetu! 9,908 views. 1:57. Kurs Word 2007: Jak zrobić automatyczny spis treści - Duration: 5:29. Provided to YouTube by AkordDigital Gimnastyka Smyka · Śpiewające Brzdące Śpiewanki gimnastykowanki ℗ 2015 Akord Released on: 2015-10-01 Auto-generated by Yo...